Jak zabrać się do wymiany oleju w silniku?

Podstawowe pytanie dotyczące wymiany oleju nie dotyczy nawet samego procesu, ale dylematu, czy brać się za to samemu, czy też zlecić to profesjonalnemu serwisowi. Dla niektórych odpowiedź będzie jasna: nie znam się na tym, nie chcę się w tym babrać, idę do serwisu. Ale to raczej nie osoby, które mogą czytać ten tekst. Nie tylko zapaleni, ale chociaż minimalnie obeznani z budową samochodu kierowcy zazwyczaj będą sobie umieli poradzić z tym zadaniem bez większego problemu. Ot, operacja niczym dolanie do baku, albo też wymiana płynu do spryskiwacza. To jeden z prostszych zabiegów, jakich możemy dokonać w aucie w dzisiejszych czasach. Nie znaczy to jednak, że nie ma powodów, by znaleźć serwis, którego specjalnością będzie profesjonalna wymiana oleju w silniku (np. tutaj: https://autobooking.com/). Jednym z największych jest konieczność zadbania o utylizację starego oleju, który wypuszczamy z auta. Nie jest to rzecz, którą powinno się wylewać na trawnik czy ulicę, a przy tym na pewno nie jest to zgodne z przepisami. Jeśli sami wymienimy olej i będziemy chcieli oddać gdzieś stary, może to wymagać na tyle wysiłku, że pojechanie do serwisu będzie się po prostu opłacać. Innym powodem jest fakt, że wymieniając olej można tak naprawdę kilka rzeczy… jeśli nie zepsuć, to wykonać nieoptymalnie. A byłoby szkoda, bo olej pełni pod maską wiele funkcji i odpowiednie obchodzenie się z nim pomoże zadbać o zdrowie silnika – staruszkowi pozwoli więcej pożyć, a w nowym aucie jest może jeszcze ważniejsze, z racji tego, jak precyzyjnie są planowane warunki pracy współczesnych pojazdów. Co może pójść nie tak?

Właściwa wymiana oleju w silniku to dla niego samo zdrowie. Źródło: Pixabay.com.

Właściwa wymiana oleju w silniku to dla niego samo zdrowie. Źródło: Pixabay.com.

Car wrapping – coraz modniejsza metoda na zmianę wyglądu auta

Jeśli tuning samochodu kojarzy wam się jedynie z dokładaniem do auta ogromnych spojlerów, zderzaków i wlotów powietrza, tak by koniecznie auto wyglądało jak wyścigowe – możecie z zainteresowaniem zwrócić uwagę na bardziej modne obecnie techniki. Dzięki nim samochód można, owszem, dostosować do własnego charakteru, ale może w znacznie bardziej subtelny sposób. Oczywiście, wśród miłośników tuningu nadal sporą część stanowią osoby, dla których „piękne” równa się „sportowe”, i pożądane przez nich „krągłości” będą miały kształt na przykład BMW M czy Audi S oraz niski profil. Ale w różnych krajach świata coraz częściej niektóre wzorce czerpią od nich ci, którzy wolą pójść w innym kierunku. Podoba im się możliwość zmiany wyglądu największego elementu, czyli karoserii auta. O ile jeszcze niedawno takie określenie było niemal synonimiczne z malowaniem, tak w ciągu ostatnich 5-6 lat ogromny skok popularności zanotował tak zwany car wrapping, czyli „owijanie”, oklejania auta folią z winylu. Oczywiście, efekty tej techniki każdy z nas zapewne widział tysiące razy w życiu – mijając samochód oznaczony firmowo czy też autobus z wielką reklamą na zewnątrz, wiedzieliśmy przecież, że formy te nie są namalowane. Wzory można było łatwo usunąć i np. sprzedać samochód w oryginalnej formie. Jednak car wrapping dla klientów indywidualnych, którzy chcą po prostu cieszyć się estetyką efektu, rozkręca się na Zachodzie (i Wschodzie) dopiero w ostatnim czasie. Także w Polsce pojawiają się interesujące firmy i organizowane są wydarzenia prezentujące car wrapping jak np. konwenty 3M (kliknij). Czym technika przyciąga coraz liczniejszych fanów?

Car wrapping pozwala osiągnąć fantazyjne wzory. Źrodło: Pixabay.com.

Car wrapping pozwala osiągnąć fantazyjne wzory. Źrodło: Pixabay.com.

Mycie samochodu parą – dla kogo?

Zadbanie o wygląd auta nie jest takie proste, gdy mieszka się w mieście. Instynktowna metoda, by wziąć odpowiednie środki i zabrać się do mycia odpadają, gdy parkujemy przy ulicy albo w podziemnym, betonowym parkingu. Nieładne i nielegalne – mycie nie wchodzi w grę, zostaje myjnia, oferująca zazwyczaj przyzwoitej jakości czyszczenie karoserii czy felg… Oraz pozostawione w starym stanie wnętrze. Odpowiedzią na wiele problemów i niewygód związanych ze współczesnym czyszczeniem samochodu są myjnie parowe. Działają one zazwyczaj w zupełnie inny sposób, niż zwykłe, wielkie, stacjonarne myjnie. Powodem, dla którego zyskują obecnie popularność, są bowiem niskie koszty wstępne prowadzenia takiego biznesu – który wymaga właściwie głównie odpowiedniej maszyny, mieszczącej się czasem do większego pojazdu. „Myjnie” takie są więc najczęściej mobilne – firma może przyjechać w dowolne miejsce do klienta i zająć się jego autem. Mycie parowe samochodu możliwe jest w wielu miejscach, ponieważ odbywa się przy minimalnej ilości wody i środków chemicznych. Konkrety zależą od tego, jaką maszyną operuje myjący i co dokładnie z nią zrobi, ale można oszacować, że na przeciętne mycie auta zużyte zostanie kilka litrów wody, a jeśli chodzi o detergenty – można ich uniknąć, zwłaszcza w przypadku karoserii, choć powinniśmy się spodziewać, że firma użyje jakichś środków, by solidnie wyczyścić koła.

Mycie parowe auta to osobna sztuka. Źródło: Pixabay.com.

Mycie parowe auta to osobna sztuka. Źródło: Pixabay.com.

Hybrydy jednym z trendów roku w Polsce

Każdego miesiąca Polacy rejestrują dziesiątki tysięcy nowych aut osobowych. Dlatego może nie brzmi to jak wielkie wydarzenie, że w roku 2016 samochody z napędem hybrydowym zeszły w liczbie nie do końca osiągającej 10 tysięcy – dokładnie rzecz biorąc, 9 849 sztuk, przynajmniej według informacji podanych przez KPMG i Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego. A jednak, to bardzo dużo. Aż o 76% więcej, niż w roku 2015. Nie zostawia to wątpliwości, że hybrydy wykonały w tym roku wyjątkowy skok, jeśli chodzi o popularność. Trend jest nadal wzrostowy: ostatni kwartał roku to ponad 3 tysiące aut, czyli nieco więcej, niż poprzednie. Ogółem możemy zacząć mówić, że hybrydy przestały być niszą – którą ciągle są auta w pełni elektryczne, których według tego samego raportu zarejestrowano równo 556. Ale to i tak o wiele więcej, niż w poprzednim roku. Tutaj zapewne też czeka nas jeszcze większy skok i moment, gdy mijając takie auto na ulicy nie będziemy unosić już brwi. Na razie synonimem nowoczesności paliwowej jest hybryda, a konkretnie rzecz biorąc – Toyota. Japoński koncern, który rozpoczął całą tę zabawę na wielką skalę tworząc 20 lat temu Priusa, nadal pozostaje dominującym graczem na rynku i jego dwie marki, Toyota „właściwa” oraz Lexus, złożyły się na ponad 90% ze wszystkich hybryd, jakie zarejestrowano. Chociaż na ten rynek wskoczyły już liczne inne marki, jak Ford, Nissan, Honda, Hyundai i tak dalej, to polscy klienci na razie jeszcze rzadko patrzą w tę stronę.

Auta hybrydowe zaczynają mieć klientelę i w Polsce. Źródło: Pixabay.com.

Auta hybrydowe zaczynają mieć klientelę i w Polsce. Źródło: Pixabay.com.

Na drogach pojawiają się pojazdy autonomiczne

Większość wizjonerów motoryzacji zgadza się, że samochody autonomiczne to przyszłość – chociaż nie każdy potrafi sprecyzować, czy słowo to ma tutaj posmak raczej nadziei, czy obaw… Zaznaczmy dla pewności: auta autonomiczne – to takie, którymi nie kieruje osoba jadąca nimi. Poruszają się według systemu komputerowego, który analizuje bardzo różnorodne czynniki i dobiera trasę optymalnie. Co do potencjalnych zalet takiego rozwiązania dla klienta, nie trzeba chyba mówić – możesz sobie usiąść, otworzyć gazetę, wyciągnąć termos z kawą… O ile system działa poprawnie, jest wręcz niemożliwe, by takie samochody się zderzyły z czymkolwiek ani pomyliły drogę, nawet jadąc z Warszawy do małej miejscowości na Mazurach. Ale też nie ma co daleko szukać, czemu są obawy: wystarczy spojrzeć na fragment „o ile system działa poprawnie”. Wielu z nas wyobraża sobie scenę niczym z serialu „Silicon Valley”, gdy jeden z bohaterów wsiada do samochodu sterowanego przez Google i przez przypadek zajeżdża aż do portu i na statek transportujący auta, który rusza w podróż przez Pacyfik. Perspektywa „zawiechy”w systemie samochodu jest znacznie bardziej przerażająca, niż kiedy zawiesi się nam komórka albo komputer. Do tego możliwość hackowania auta również potrafi spędzać sen z powiek. Takich błędów i luk, oczywiście, ma zdaniem producentów nie być. Ale żeby przekonać się o tym, potrzebne są testy w realnych warunkach. Prowadzone są one na coraz większą skalę.

Samochody się zmieniają - niedługo możemy ich nie poznać. Źródło: Pixabay.com.

Samochody się zmieniają – niedługo możemy ich nie poznać. Źródło: Pixabay.com.

Czy Kia Stinger będzie nowym początkiem dla marki?

Niewiele aut pokazanych światu w styczniu wywołało tyle zainteresowania, co nowa Kia, która ma w założeniu być jednym z najistotniejszych modeli w historii koreańskiej marki. Marki znanej, co samo w sobie jest osiągnięciem dla firmy, która 20 lat temu ogłosiła bankructwo, a w Europie intensywnie działa dopiero od lat około dziesięciu, głównie traktując europejski model Cee, apostrof, d jako swoje wejście smoka (czy też azjatyckiego tygrysa) w tym nowym regionie. O ile jednak marka faktycznie zyskała rozpoznawalność, to identyfikacja Kia wśród klientów na naszym kontynencie raczej wiąże się z autkiem niedrogim i przyzwoitym, a nie z emocjami, które ma osiągnąć Stinger. Zaprezentowany na North American International Auto Show w pierwszej połowie stycznia, a potem w kolejnych miejscach model ma postawić na moc, a także przyjemność jazdy – jak głoszą hasła reklamowe, w tym aucie ma nie chodzić nawet o to, jak szybko da się dojechać w dane miejsce, ale by jeździć chciało się jak najdłużej z racji jakości samego doznania. Skrótowo mówiąc – Koreańczycy chcą rzucić wyzwanie sportowym sedanom GT, z którymi kojarzymy raczej europejskie marki. Nic dziwnego, jeśli projekt samochodu powstawał pod rękami doborowej ekipy we Frankfurcie, z testami między innymi na słynnym torze Nurburgring, pod dowództwem Petera Schreyera, chyba najbardziej znanej „twarzy” Kia – projektanta często wymienianego jako najlepszy wśród obecnie aktywnych, a nawet jako najlepszego w niemieckiej motoryzacji. Czy Schreyer będzie mógł zaliczyć Stingera do swoich największych osiągnięć, obok takich klasyków jak Audi TT czy Volkswagen Golf?

Nowa Kia pójdzie w ślady Gran Turismo. Źródło: Pixabay.com.

Nowa Kia pójdzie w ślady Gran Turismo. Źródło: Pixabay.com.

Uważaj kupując diesla – nie zawsze będzie najlepszym wyborem

W niektórych krajach Europy diesle stanowiły w ostatnich latach nawet 50% rynku samochodowego, a w Polsce liczba ta do niedawna przekraczała wyraźnie 40% – ostatnio nieco spadła. Powodów jest tu wiele i trudno w jednym zdaniu przesądzić, które są najważniejsze. Na pewno niemały wpływ na zmiany rynkowe ma świadomość ekologiczna – chociaż raczej pośrednio, nie poprzez wybory samych kierowców, ale wprowadzane przepisy. Przykładem może tutaj być filtr cząstek stałych, który stał się niedogodnością pod względem komfortu używania auta dla wielu kierowców. Po części zakładanie takich filtrów w dieslach wiąże się z jednym ze społecznych tematów tej zimy w Polsce, czyli zanieczyszczeniem powietrza w miastach – samochody z silnikami wysokoprężnymi nie wypadają najlepiej w tym względzie. Filtr pomaga radzić sobie z sadzą, ale działa w dość specyficzny sposób. Zbierającą się sadzę można automatycznie spalić, podgrzewając filtr do bardzo wysokiej temperatury. Sęk w tym, że osiągnięcie tego stanu wymaga jazdy jak po autostradzie – długi czas na wysokich obrotach i bez zmiany biegów. Jeśli jeździcie tylko po mieście, do tego zjawiska zapewne nigdy nie dojdzie. Niespalenie sadzy z filtra prowadzi do różnorakich konsekwencji, z których konieczność wymiany za każdym razem oleju to najmniejszy problem. W skrócie mówiąc – nowe diesle przeznaczone są raczej dla tych, którzy jeżdżą na dłuższe trasy. Nie tylko z tego powodu.

Diesel to potencjalna oszczędność, ale nie dla każdego kierowcy. Źródło: Pixabay.com.

Diesel to potencjalna oszczędność, ale nie dla każdego kierowcy. Źródło: Pixabay.com.

Wiedza kluczem do oszczędności

Pod koniec każdego roku kalendarzowego motoryzacyjny światek ogarnia prawdziwe szaleństwo: producenci starają się sprzedać samochody z poprzedniego roku modelowego za możliwie najlepszą cenę, klienci próbują uzyskać duże upusty na „stare” modele, dziennikarze donoszą o coraz to nowych zakamuflowanych prototypach wypatrzonych gdzieś na trasie… W całym tym chaosie można jednak znaleźć pewne prawidłowości, o których warto pamiętać szukając dla siebie samochodowej okazji zakupowej pod koniec roku.

samochody na parkingu

Co roku na wyprzedaże roczników trafiają tysiące aut (źródło obrazka: pixabay.com)

Przede wszystkim trzeba mieć na uwadze, że jeśli dany producent oferuje spore upusty od razu i w salonach nie ma większych problemów z negocjacją ceny w dół (oczywiście tylko do pułapu założonego uprzednio przez daną firmę), to najprawdopodobniej nowa generacja danego modelu pojawi się już w przyszłym roku. Jeśli to jakiś leciwy staruszek (a jest na rynku kilku takich), to bardziej może się opłacać wyczekanie do dnia premiery – nowa konstrukcja będzie nie tylko nowocześnie zaprojektowana, ale też będzie wyposażona w najnowsze dostępne na rynku technologie, a cena w porównaniu do generacji poprzedniej jakoś drastycznie się nie zmieni.

Jeśli natomiast producent niespecjalnie jest skłonny do obniżania ceny, to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jedyna nowość, jakiej doczeka się dany model, będzie polegać na liftingu. Rzecz jasna zakres zmian może być różny (od drobnych, czysto kosmetycznych detali po całkowite przeprojektowanie wnętrza) i to głównie od niego uzależniona jest chęć albo niechęć producenta do schodzenia z ceny.

Planując zakup samochodu w ramach zimowej wyprzedaży rocznika warto brać pod uwagę zasygnalizowane powyżej kwestie, bo może nam to nie tylko ułatwić ewentualną decyzję zakupową, ale też oszczędzić sporo pieniędzy. Trzeba tylko spróbować nie dać się zwariować natłokiem „promocji” i „jedynych okazji”, a na pewno uda się znaleźć dobry samochód w dobrej cenie – nawet jeśli na jego zakup trzeba będzie poczekać jeszcze kilka dodatkowych miesięcy…

Czy warto kupować używaną Toyotę?

Toyota jako marka cieszy się wśród polskich kierowców bardzo dobrą opinią – szczególnie podkreślana jest niezawodność i bezawaryjność japońskich konstrukcji, zwłaszcza zaś tych nieco starszych. Sprawa jest o tyle łatwa do zweryfikowania, że po naszych drogach jeździ wiele aut co najmniej kilkuletnich, ale tych kilkunastoletnich. Albo jeszcze starszych, ale raczej niezbyt dużo – a jeśli już, to większość z nich to właśnie jest Toyota. Dlaczego?

Odpowiedź jest banalnie wręcz prosta: dlatego, że japoński producent stawia sobie za cel dostarczanie aut maksymalnie niezawodnych, bezpiecznych i wytrzymałych, a proces produkcji jest w świecie motoryzacji w zasadzie wzorcowy. Na tyle, że identyczny albo niemal taki sam stosują praktycznie wszyscy pozostali producenci samochodów na świecie. To chyba mówi samo za siebie…

szara używana toyota corolla na drodze

Toyota Corolla – jeden z najpopularniejszych wśród polskich kierowców modeli japońskiego producenta (źródło obrazka: toyota.pl)

Nie tylko zresztą polscy kierowcy są zadowoleni z Toyot – u naszych zachodnich sąsiadów każdego roku publikowany jest raport awaryjności TÜV, w którym od dobrych kilkunastu lat japońska marka zajmuje najwyższe lokaty, przeznaczone dla najmniej awaryjnych aut. Co bardzo ciekawe, w najnowszym raporcie nawet w pierwszej czterdziestce „od dołu” rankingu, obejmującej samochody najbardziej awaryjne, nie znajduje się żadna Toyota. I to we wszystkich grupach wiekowych!

To właśnie dlatego używane Toyoty tak dobrze trzymają cenę i są tak poszukiwane przez kierowców chcących kupić samochód nieprzysparzający problemów. Zainteresowani takim zakupem na pewno ucieszą się z faktu, że Das WeltAuto ma w ofercie także i używane Toyoty – dzięki temu można z pewnego źródła kupić dobrego „japończyka”, pozbawionego ukrytych wad i ze znaną historią serwisową.

Osobiście uważam, że nawet jeśli uda się znaleźć gdzieś ofertę bardziej atrakcyjną cenowo, to nie warto szukać oszczędności za wszelką (!) cenę – kupując z drugiej reki nigdy nie otrzymamy żadnej gwarancji, a tym bardziej nie będziemy w stanie udowodnić, że sprzedano nam auto niesprawne technicznie. W Das WeltAuto nie dość, że jest gwarancja, to na dodatek każdy samochód przed wystawieniem na sprzedaż przechodzi gruntowne badania techniczne i remont, jeśli zachodzi taka potrzeba. W mojej opinii jest to warte znacznie więcej, niż kilkaset potencjalnie zaoszczędzonych złotych… (sprawdź)

Flota AD 2017

Kwestie związane z utrzymaniem i finansowaniem firmowej floty samochodowej pojawiały się na łamach tego bloga przynajmniej kilka razy w ciągu tego roku, uważam bowiem, że na ten temat mówi się stanowczo za mało. Dziś chciałbym po raz ostatni w 2016 roku wrócić do kwestii aut flotowych – w kontekście bieżącej oferty Skody.

Od października tego roku zmieniło się w sumie niezbyt wiele (wtedy pisałem o nowej odsłonie Octavii), ale udało mi się pominąć milczeniem sprawę dosyć ważną, czyli kwestię zdobycia przez czeski koncern prestiżowej nagrody „Pojazd Flotowy 2016” podczas Wielkiego Testu Flotowego w kwietniu 2016. Dlaczego to takie ważne?

Powód jest całkiem prosty: zwykle auta flotowe od Skody kojarzymy z bardzo popularną (zwłaszcza ostatnio) Octavią lub Fabią, a tymczasem w kwietniowym plebiscycie fleet managerowie i dziennikarze zdecydowali, że tytuł w segmencie B+ otrzyma Skoda Rapid. I to nie w byle jakiej kategorii – Rapid został uznany za „Najlepszy samochód flotowy dla pracownika”.

niebieska skoda rapid sedan, auto flotowe

Skoda Rapid – zwycięzca tegorocznego plebiscytu na najlepsze auto flotowe w segmencie B+ (źródło obrazka: skoda-flota.pl)

Według mnie to tylko potwierdza, że firmy decydujące się na Skodę jako dostawcę aut flotowych, dokonują właściwego wyboru – ceny są atrakcyjne, samochody spełniają wszelkie normy bezpieczeństwa (nie ma obecnie w ofercie modelu, który miałby mniej niż 5 gwiazdek w testach Euro NCAP), a standardowe wyposażenie niejednokrotnie bije na głowę konkurencję (sprawdź). O dogodnych sposobach finansowania czy ofertach dodatkowych w postaci np. darmowych pakietów serwisowych nawet nie wspominam, bo to temat na oddzielny wpis…

Wszystko wskazuje na to, że Skoda i w tym roku będzie liderem pośród wszystkich dostawców aut flotowych w Polsce – konkurencja nadal musi się od Czechów wiele nauczyć, szczególnie jeśli chodzi o relację cena-jakość. Pod tym względem naprawdę nie ma się do czego przyczepić: osobiście uważam, że za podobne pieniądze nie da się znaleźć innych samochodów tak dobrze zaprojektowanych, wszechstronnych, mających tyle przemyślanych, przydatnych rozwiązań i tak dobre właściwości jezdne.

A już tak zupełnie na marginesie, to mam też nieodparte wrażenie, że Skoda niedługo po 1. stycznia 2017 zaprezentuje coś nowego, choć oczywiście to tylko moje podejrzenia…