Blondynka sprzedaje Mustanga – Odcinek 1

Mustang V6 3,7

Jak osoba, która w swoim życiu sprzedała jeden samochód, a była to 14-letnia Fiesta,
w dodatku po dachowaniu, ma sprzedać nowiutkiego Mustanga?

 

Poprzeczkę podniesie pewnie fakt, że owo zadanie trafiło się blondynce o drobnej posturze – i jak wzbudzić zaufanie i szacunek wśród miłośników tego auta?

Proste!

ZAUFANIE -> udowodnić, że jest się uczciwą osobą

SZACUNEK -> pokazać, że ma się wiedzę w temacie (tylko im większą wiedzą się wykażę, tym większą niewiedzę zakompleksieni panowie będę chcieli mi udowodnić)

Punkt 1: walka o zaufanie. Zacznijmy od tego, skąd w mym posiadaniu znalazł się Mustang. To cacko parkuje w moim garażu, dzięki wujkowi. Historia banalna: wujek ze Stanów odwiedzający swoją rodzinę w Polsce, postanowił, że sam zatroszczy się o swój komfort. Hmm, czyżby nie odpowiadał mu Outlander, C3 Picasso, Coupé, CR-X, czy (nawet byśmy tego nie zaproponowali) Smart Fortwo. Tak, czy inaczej, Mustang został sprowadzony drogą wodną, dzięki czemu z radości w nieograniczonych przez linię lotniczą litrach ciuchów mogła tonąć „amerykańska” ciocia.

Odwiedziny po dwóch miesiącach dobiegły końca, a Mustang został po naszej stronie oceanu wraz z kilkoma walizkami, jak to mówią panowie – „szmat”. W ten sposób pula osób zadowolonych z pozostania Mustanga stopniała o ciocię.

I tak student Finansów i rachunkowości wraz ze starszą siostrą mgr zarządzania… nie no, takimi nudziarzami to nie jesteśmy. Jeszcze raz: zawodnik motocrossu wraz z siostrą startującą w Mistrzostwach Polski Rallycross otrzymali prawomocną swobodę w zasiadaniu na lewym fotelu Mustanga V6 3,7 z 2011 roku. Jak tylko opadł szok z na pozór nierozważnej decyzji wujka, w jednej sekundzie staliśmy się najszczęśliwszymi mieszkańcami naszego 200 000 miasta, a już na pewno jednymi z najszybszych.

Po roku zaczęliśmy jednak zbliżać się do stanu emocjonalnego „amerykańskiej” cioci patrzącej na znikającego w oddali granatowego Mustanga. To za sprawą decyzji o sprzedaży auta. Pocieszała nas i zarazem martwiła świadomość, że pretendentów do kupna tej „bestii” nie będzie w Polsce wielu. Pierwszą próbę sprzedaży podjął motocrossowiec. Okazało się, że wcale się nie pomyliliśmy, telefon w sprawie Mustanga rozbrzmiał zaledwie kilka razy w ciągu dwóch miesięcy. Musieliśmy zmienić strategię. Jak?

Po pierwsze: ułatwić zainteresowanym obejrzenie auta – zlokalizowanie go w miejscu, gdzie będzie więcej potencjalnych klientów

Po drugie: poprawić „prezentację” samochodu

Po trzecie: może zrezygnować z samodzielnej sprzedaży i powierzyć auto komisowi lub komuś kto wypromuje go medialnie; pomysł kontrolowanego wsparcia Kornackiego szybko ulotnił się z naszych głów – ryzyko utraty jakiegoś elementu karoserii było zbyt duże, a nie chcieliśmy obniżać wartości samochodu.

I tak zabrałam Mustanga do Warszawy. Co do Mustanga zapierającego dech w piersiach mijanych na ulicy Warszawiaków nie miałam wątpliwości, gorzej z chęcią zakupu auta od blondynki. Może był to jednak atut. Udawać blondynkę, która chce sprzedać samochód, bo znudził się jej kolor prezentu od wujka w oczach mężczyzn wyglądałby bardziej wiarygodnie niż prawdziwa wersja. Której bym nie wybrała, czułam, że rysuje się przede mną nie lada wyzwanie.

Po niedługim zastanowieniu podjęłam decyzję o dostarczeniu pełnego pakietu prawdziwych informacji o Mustangu.

Sprzedażowa przygoda zaczęła się na dobre.

Jak podejść do tematu sprzedaży, stworzyć atrakcyjną ofertę, wzbudzić zaufanie i szacunek, rozpoznać w rozmowie telefonicznej prawdziwie zainteresowanego klienta od cwaniaczka z pekaesu , podjąć decyzję o sprzedaży auta z własnego garażu lub wstawienia go do komisu?

O tym w następnych odcinkach.

Leave a reply