Hybrydy jednym z trendów roku w Polsce

Każdego miesiąca Polacy rejestrują dziesiątki tysięcy nowych aut osobowych. Dlatego może nie brzmi to jak wielkie wydarzenie, że w roku 2016 samochody z napędem hybrydowym zeszły w liczbie nie do końca osiągającej 10 tysięcy – dokładnie rzecz biorąc, 9 849 sztuk, przynajmniej według informacji podanych przez KPMG i Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego. A jednak, to bardzo dużo. Aż o 76% więcej, niż w roku 2015. Nie zostawia to wątpliwości, że hybrydy wykonały w tym roku wyjątkowy skok, jeśli chodzi o popularność. Trend jest nadal wzrostowy: ostatni kwartał roku to ponad 3 tysiące aut, czyli nieco więcej, niż poprzednie. Ogółem możemy zacząć mówić, że hybrydy przestały być niszą – którą ciągle są auta w pełni elektryczne, których według tego samego raportu zarejestrowano równo 556. Ale to i tak o wiele więcej, niż w poprzednim roku. Tutaj zapewne też czeka nas jeszcze większy skok i moment, gdy mijając takie auto na ulicy nie będziemy unosić już brwi. Na razie synonimem nowoczesności paliwowej jest hybryda, a konkretnie rzecz biorąc – Toyota. Japoński koncern, który rozpoczął całą tę zabawę na wielką skalę tworząc 20 lat temu Priusa, nadal pozostaje dominującym graczem na rynku i jego dwie marki, Toyota „właściwa” oraz Lexus, złożyły się na ponad 90% ze wszystkich hybryd, jakie zarejestrowano. Chociaż na ten rynek wskoczyły już liczne inne marki, jak Ford, Nissan, Honda, Hyundai i tak dalej, to polscy klienci na razie jeszcze rzadko patrzą w tę stronę.

Auta hybrydowe zaczynają mieć klientelę i w Polsce. Źródło: Pixabay.com.

Auta hybrydowe zaczynają mieć klientelę i w Polsce. Źródło: Pixabay.com.

Na drogach pojawiają się pojazdy autonomiczne

Większość wizjonerów motoryzacji zgadza się, że samochody autonomiczne to przyszłość – chociaż nie każdy potrafi sprecyzować, czy słowo to ma tutaj posmak raczej nadziei, czy obaw… Zaznaczmy dla pewności: auta autonomiczne – to takie, którymi nie kieruje osoba jadąca nimi. Poruszają się według systemu komputerowego, który analizuje bardzo różnorodne czynniki i dobiera trasę optymalnie. Co do potencjalnych zalet takiego rozwiązania dla klienta, nie trzeba chyba mówić – możesz sobie usiąść, otworzyć gazetę, wyciągnąć termos z kawą… O ile system działa poprawnie, jest wręcz niemożliwe, by takie samochody się zderzyły z czymkolwiek ani pomyliły drogę, nawet jadąc z Warszawy do małej miejscowości na Mazurach. Ale też nie ma co daleko szukać, czemu są obawy: wystarczy spojrzeć na fragment „o ile system działa poprawnie”. Wielu z nas wyobraża sobie scenę niczym z serialu „Silicon Valley”, gdy jeden z bohaterów wsiada do samochodu sterowanego przez Google i przez przypadek zajeżdża aż do portu i na statek transportujący auta, który rusza w podróż przez Pacyfik. Perspektywa „zawiechy”w systemie samochodu jest znacznie bardziej przerażająca, niż kiedy zawiesi się nam komórka albo komputer. Do tego możliwość hackowania auta również potrafi spędzać sen z powiek. Takich błędów i luk, oczywiście, ma zdaniem producentów nie być. Ale żeby przekonać się o tym, potrzebne są testy w realnych warunkach. Prowadzone są one na coraz większą skalę.

Samochody się zmieniają - niedługo możemy ich nie poznać. Źródło: Pixabay.com.

Samochody się zmieniają – niedługo możemy ich nie poznać. Źródło: Pixabay.com.

Czy Kia Stinger będzie nowym początkiem dla marki?

Niewiele aut pokazanych światu w styczniu wywołało tyle zainteresowania, co nowa Kia, która ma w założeniu być jednym z najistotniejszych modeli w historii koreańskiej marki. Marki znanej, co samo w sobie jest osiągnięciem dla firmy, która 20 lat temu ogłosiła bankructwo, a w Europie intensywnie działa dopiero od lat około dziesięciu, głównie traktując europejski model Cee, apostrof, d jako swoje wejście smoka (czy też azjatyckiego tygrysa) w tym nowym regionie. O ile jednak marka faktycznie zyskała rozpoznawalność, to identyfikacja Kia wśród klientów na naszym kontynencie raczej wiąże się z autkiem niedrogim i przyzwoitym, a nie z emocjami, które ma osiągnąć Stinger. Zaprezentowany na North American International Auto Show w pierwszej połowie stycznia, a potem w kolejnych miejscach model ma postawić na moc, a także przyjemność jazdy – jak głoszą hasła reklamowe, w tym aucie ma nie chodzić nawet o to, jak szybko da się dojechać w dane miejsce, ale by jeździć chciało się jak najdłużej z racji jakości samego doznania. Skrótowo mówiąc – Koreańczycy chcą rzucić wyzwanie sportowym sedanom GT, z którymi kojarzymy raczej europejskie marki. Nic dziwnego, jeśli projekt samochodu powstawał pod rękami doborowej ekipy we Frankfurcie, z testami między innymi na słynnym torze Nurburgring, pod dowództwem Petera Schreyera, chyba najbardziej znanej „twarzy” Kia – projektanta często wymienianego jako najlepszy wśród obecnie aktywnych, a nawet jako najlepszego w niemieckiej motoryzacji. Czy Schreyer będzie mógł zaliczyć Stingera do swoich największych osiągnięć, obok takich klasyków jak Audi TT czy Volkswagen Golf?

Nowa Kia pójdzie w ślady Gran Turismo. Źródło: Pixabay.com.

Nowa Kia pójdzie w ślady Gran Turismo. Źródło: Pixabay.com.

Uważaj kupując diesla – nie zawsze będzie najlepszym wyborem

W niektórych krajach Europy diesle stanowiły w ostatnich latach nawet 50% rynku samochodowego, a w Polsce liczba ta do niedawna przekraczała wyraźnie 40% – ostatnio nieco spadła. Powodów jest tu wiele i trudno w jednym zdaniu przesądzić, które są najważniejsze. Na pewno niemały wpływ na zmiany rynkowe ma świadomość ekologiczna – chociaż raczej pośrednio, nie poprzez wybory samych kierowców, ale wprowadzane przepisy. Przykładem może tutaj być filtr cząstek stałych, który stał się niedogodnością pod względem komfortu używania auta dla wielu kierowców. Po części zakładanie takich filtrów w dieslach wiąże się z jednym ze społecznych tematów tej zimy w Polsce, czyli zanieczyszczeniem powietrza w miastach – samochody z silnikami wysokoprężnymi nie wypadają najlepiej w tym względzie. Filtr pomaga radzić sobie z sadzą, ale działa w dość specyficzny sposób. Zbierającą się sadzę można automatycznie spalić, podgrzewając filtr do bardzo wysokiej temperatury. Sęk w tym, że osiągnięcie tego stanu wymaga jazdy jak po autostradzie – długi czas na wysokich obrotach i bez zmiany biegów. Jeśli jeździcie tylko po mieście, do tego zjawiska zapewne nigdy nie dojdzie. Niespalenie sadzy z filtra prowadzi do różnorakich konsekwencji, z których konieczność wymiany za każdym razem oleju to najmniejszy problem. W skrócie mówiąc – nowe diesle przeznaczone są raczej dla tych, którzy jeżdżą na dłuższe trasy. Nie tylko z tego powodu.

Diesel to potencjalna oszczędność, ale nie dla każdego kierowcy. Źródło: Pixabay.com.

Diesel to potencjalna oszczędność, ale nie dla każdego kierowcy. Źródło: Pixabay.com.

Wiedza kluczem do oszczędności

Pod koniec każdego roku kalendarzowego motoryzacyjny światek ogarnia prawdziwe szaleństwo: producenci starają się sprzedać samochody z poprzedniego roku modelowego za możliwie najlepszą cenę, klienci próbują uzyskać duże upusty na „stare” modele, dziennikarze donoszą o coraz to nowych zakamuflowanych prototypach wypatrzonych gdzieś na trasie… W całym tym chaosie można jednak znaleźć pewne prawidłowości, o których warto pamiętać szukając dla siebie samochodowej okazji zakupowej pod koniec roku.

samochody na parkingu

Co roku na wyprzedaże roczników trafiają tysiące aut (źródło obrazka: pixabay.com)

Przede wszystkim trzeba mieć na uwadze, że jeśli dany producent oferuje spore upusty od razu i w salonach nie ma większych problemów z negocjacją ceny w dół (oczywiście tylko do pułapu założonego uprzednio przez daną firmę), to najprawdopodobniej nowa generacja danego modelu pojawi się już w przyszłym roku. Jeśli to jakiś leciwy staruszek (a jest na rynku kilku takich), to bardziej może się opłacać wyczekanie do dnia premiery – nowa konstrukcja będzie nie tylko nowocześnie zaprojektowana, ale też będzie wyposażona w najnowsze dostępne na rynku technologie, a cena w porównaniu do generacji poprzedniej jakoś drastycznie się nie zmieni.

Jeśli natomiast producent niespecjalnie jest skłonny do obniżania ceny, to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jedyna nowość, jakiej doczeka się dany model, będzie polegać na liftingu. Rzecz jasna zakres zmian może być różny (od drobnych, czysto kosmetycznych detali po całkowite przeprojektowanie wnętrza) i to głównie od niego uzależniona jest chęć albo niechęć producenta do schodzenia z ceny.

Planując zakup samochodu w ramach zimowej wyprzedaży rocznika warto brać pod uwagę zasygnalizowane powyżej kwestie, bo może nam to nie tylko ułatwić ewentualną decyzję zakupową, ale też oszczędzić sporo pieniędzy. Trzeba tylko spróbować nie dać się zwariować natłokiem „promocji” i „jedynych okazji”, a na pewno uda się znaleźć dobry samochód w dobrej cenie – nawet jeśli na jego zakup trzeba będzie poczekać jeszcze kilka dodatkowych miesięcy…

Czy warto kupować używaną Toyotę?

Toyota jako marka cieszy się wśród polskich kierowców bardzo dobrą opinią – szczególnie podkreślana jest niezawodność i bezawaryjność japońskich konstrukcji, zwłaszcza zaś tych nieco starszych. Sprawa jest o tyle łatwa do zweryfikowania, że po naszych drogach jeździ wiele aut co najmniej kilkuletnich, ale tych kilkunastoletnich. Albo jeszcze starszych, ale raczej niezbyt dużo – a jeśli już, to większość z nich to właśnie jest Toyota. Dlaczego?

Odpowiedź jest banalnie wręcz prosta: dlatego, że japoński producent stawia sobie za cel dostarczanie aut maksymalnie niezawodnych, bezpiecznych i wytrzymałych, a proces produkcji jest w świecie motoryzacji w zasadzie wzorcowy. Na tyle, że identyczny albo niemal taki sam stosują praktycznie wszyscy pozostali producenci samochodów na świecie. To chyba mówi samo za siebie…

szara używana toyota corolla na drodze

Toyota Corolla – jeden z najpopularniejszych wśród polskich kierowców modeli japońskiego producenta (źródło obrazka: toyota.pl)

Nie tylko zresztą polscy kierowcy są zadowoleni z Toyot – u naszych zachodnich sąsiadów każdego roku publikowany jest raport awaryjności TÜV, w którym od dobrych kilkunastu lat japońska marka zajmuje najwyższe lokaty, przeznaczone dla najmniej awaryjnych aut. Co bardzo ciekawe, w najnowszym raporcie nawet w pierwszej czterdziestce „od dołu” rankingu, obejmującej samochody najbardziej awaryjne, nie znajduje się żadna Toyota. I to we wszystkich grupach wiekowych!

To właśnie dlatego używane Toyoty tak dobrze trzymają cenę i są tak poszukiwane przez kierowców chcących kupić samochód nieprzysparzający problemów. Zainteresowani takim zakupem na pewno ucieszą się z faktu, że Das WeltAuto ma w ofercie także i używane Toyoty – dzięki temu można z pewnego źródła kupić dobrego „japończyka”, pozbawionego ukrytych wad i ze znaną historią serwisową.

Osobiście uważam, że nawet jeśli uda się znaleźć gdzieś ofertę bardziej atrakcyjną cenowo, to nie warto szukać oszczędności za wszelką (!) cenę – kupując z drugiej reki nigdy nie otrzymamy żadnej gwarancji, a tym bardziej nie będziemy w stanie udowodnić, że sprzedano nam auto niesprawne technicznie. W Das WeltAuto nie dość, że jest gwarancja, to na dodatek każdy samochód przed wystawieniem na sprzedaż przechodzi gruntowne badania techniczne i remont, jeśli zachodzi taka potrzeba. W mojej opinii jest to warte znacznie więcej, niż kilkaset potencjalnie zaoszczędzonych złotych… (sprawdź)

Flota AD 2017

Kwestie związane z utrzymaniem i finansowaniem firmowej floty samochodowej pojawiały się na łamach tego bloga przynajmniej kilka razy w ciągu tego roku, uważam bowiem, że na ten temat mówi się stanowczo za mało. Dziś chciałbym po raz ostatni w 2016 roku wrócić do kwestii aut flotowych – w kontekście bieżącej oferty Skody.

Od października tego roku zmieniło się w sumie niezbyt wiele (wtedy pisałem o nowej odsłonie Octavii), ale udało mi się pominąć milczeniem sprawę dosyć ważną, czyli kwestię zdobycia przez czeski koncern prestiżowej nagrody „Pojazd Flotowy 2016” podczas Wielkiego Testu Flotowego w kwietniu 2016. Dlaczego to takie ważne?

Powód jest całkiem prosty: zwykle auta flotowe od Skody kojarzymy z bardzo popularną (zwłaszcza ostatnio) Octavią lub Fabią, a tymczasem w kwietniowym plebiscycie fleet managerowie i dziennikarze zdecydowali, że tytuł w segmencie B+ otrzyma Skoda Rapid. I to nie w byle jakiej kategorii – Rapid został uznany za „Najlepszy samochód flotowy dla pracownika”.

niebieska skoda rapid sedan, auto flotowe

Skoda Rapid – zwycięzca tegorocznego plebiscytu na najlepsze auto flotowe w segmencie B+ (źródło obrazka: skoda-flota.pl)

Według mnie to tylko potwierdza, że firmy decydujące się na Skodę jako dostawcę aut flotowych, dokonują właściwego wyboru – ceny są atrakcyjne, samochody spełniają wszelkie normy bezpieczeństwa (nie ma obecnie w ofercie modelu, który miałby mniej niż 5 gwiazdek w testach Euro NCAP), a standardowe wyposażenie niejednokrotnie bije na głowę konkurencję (sprawdź). O dogodnych sposobach finansowania czy ofertach dodatkowych w postaci np. darmowych pakietów serwisowych nawet nie wspominam, bo to temat na oddzielny wpis…

Wszystko wskazuje na to, że Skoda i w tym roku będzie liderem pośród wszystkich dostawców aut flotowych w Polsce – konkurencja nadal musi się od Czechów wiele nauczyć, szczególnie jeśli chodzi o relację cena-jakość. Pod tym względem naprawdę nie ma się do czego przyczepić: osobiście uważam, że za podobne pieniądze nie da się znaleźć innych samochodów tak dobrze zaprojektowanych, wszechstronnych, mających tyle przemyślanych, przydatnych rozwiązań i tak dobre właściwości jezdne.

A już tak zupełnie na marginesie, to mam też nieodparte wrażenie, że Skoda niedługo po 1. stycznia 2017 zaprezentuje coś nowego, choć oczywiście to tylko moje podejrzenia…

Hamulec niebezpieczeństwa

Dziś chciałbym się podzielić kilkoma refleksjami dotyczącymi kwestii, do której według mnie mało który kierowca przykłada należytą wagę, a która ma niebagatelny wpływ na poziom bezpieczeństwa na drogach. Wymiana płynu hamulcowego, a konkretniej o to, że wymieniamy go zbyt rzadko – zdecydowanie zbyt wielu kierowców nie zdaje sobie sprawy z tego, jak ważne jest, by znajdujący się w układzie hamulcowym płyn miał odpowiednie właściwości (sprawdź).

stary hamulec bębnowy

Utrzymywanie układu hamulcowego w dobrej kondycji jest bardzo ważne (źródło obrazka: Pixabay)

Jeszcze kilka lat temu nie znałem nikogo, kto wymieniałby płyn hamulcowy tak, jak się powinno to robić, czyli góra co dwa lata albo co każde przejechane 60 tysięcy kilometrów. Mało tego: sam tak nie robiłem. Tyle tylko, że ja się przekonałem na własnej skórze, na czym dokładnie polega różnica pomiędzy płynem świeżym i o pełnych właściwościach, a takim, który dociera do kresu swej żywotności. Szczęśliwie dla mnie skończyło się tylko na dużej ilości strachu, ale od tamtej pory wymieniam płyn hamulcowy regularnie – tym bardziej, że koszty zarówno płynu, jak i samej usługi są minimalne albo nawet zerowe.

Największym zagrożeniem dla płynu hamulcowego jest ich higroskopijność (wynikająca z zastosowania glikolu): średnio przyjmuje się, że każdy 1% zawartości wody w płynie hamulcowym obniża jego temperaturę wrzenia o około 15%. W praktyce przekłada się to na znaczące wydłużenie drogi hamowania (albo nawet na niemożność zahamowania w ogóle), a to z kolei oznacza, że w sytuacji krytycznej możemy zwyczajnie nie zdążyć zatrzymać się na czas.

Tu dochodzimy do sprawy ekstremalnie ważnej: wymieniać płyn samemu czy w serwisie? Z mojej perspektywy samodzielna wymiana jest stratą czasu, a oprócz tego nie mamy gwarancji, że usunęliśmy z układu cały stary płyn. Dotyczy to zwłaszcza nowych samochodów, w których standardowe „pompowanie” hamulcem jest zdecydowanie niewystarczającą metodą. W warsztacie spece zrobią to szybciej i sprawniej. A jeśli ktoś nie wie, gdzie najlepiej się udać, to polecam bardzo przydatne narzędzie do wyszukiwania różnego rodzaju usług motoryzacyjnych – zajrzyjcie na serwis autobooking.com. Ja z niego korzystam nie tylko do wymiany płynu hamulcowego…

System coming home, czyli co tak naprawdę jest potrzebne w samochodzie?

Przyznaję szczerze, że jeszcze do niedawna uważałem sporą część co bardziej wymyślnych i przydających się jedynie w określonych sytuacjach systemów montowanych w samochodach za niepotrzebny balast. W mojej opinii były to takie „zapchajdziury”, którymi producenci kompensowali brak czegoś, co naprawdę wyróżniłoby dany model na tle konkurencji albo po prostu dodawali coś na siłę tylko po to, żeby lista funkcji wyglądała bardziej imponująco. Z doświadczenia wiem też, że podobne przekonanie ma niemała liczba polskich kierowców, ale spieszę z informacją, że ja już zdanie w tej materii zmieniłem. I wcale nie trzeba było jakichś powalających argumentów albo dyskusji z szanowanym na świecie autorytetem motoryzacyjnym – wystarczyła zwykła kałuża o średnicy około 50 cm, głęboka tak mniej więcej do kostki…

samochód oświetlający drogę w nocy

System coming home potrafi oszczędzić wielu problemów – szczególnie, jeśli w okolicy nie ma innych źródeł dobrego oświetlenia (źródło obrazka: pixabay.com)

Pewnego wieczoru najzwyczajniej w świecie nie zauważyłem takiego zbiornika wodnego tuż po wyjściu z auta, a ponieważ się mocno spieszyłem na ważne spotkanie biznesowe, to nie zawracałem sobie głowy detalami w rodzaju wyciągnięcia telefonu i świecenia sobie latarką pod nogi. Było ciemno, bo latarnie nie świeciły, ale ponieważ był też chodnik, to automatycznie założyłem, że jest bezpiecznie. Niestety, nie było, bo akurat spory kawałek tego chodnika był w remoncie i po niedawnym deszczu w miejscach, z których wyjęto płytki, powstały dość głębokie kałuże. Ta „moja” po ciemku była praktycznie nie do uniknięcia.

Na spotkanie się wprawdzie nie spóźniłem, ale przez cały czas siedziałem spięty zastanawiając się, czy bardzo widać, że prawą nogawkę spodni prawie do pół łydki mam utytłane w błocie i co sobie o mnie pomyśli potencjalny wspólnik. Jak się później okazało nie zwrócił na to uwagi (zapytałem, kiedy już doszliśmy do porozumienia w interesach), ale mnie dyskomfort pozostał. I wtedy właśnie zacząłem doceniać te „niepotrzebne” systemy.

Gdyby w moim samochodzie była zainstalowana funkcjonalność coming home (albo leaving home, nazewnictwo zależy od konkretnego producenta), zauważyłbym kałużę od razu i ominąłbym ją, bo przez dobrych kilkanaście sekund auto doświetlałoby mi drogę. Niby drobiazg, ale jednak bardzo przydatny (sprawdź). A kiedy szukając opcji zamontowania w swoim aucie jakiegoś gotowego systemu coming home trafiłem na setki postów dotyczących tego, jak sobie samemu takie coś złożyć, doszedłem do słusznego chyba wniosku, że nawet jeśli taki system przydaje się tylko raz na miesiąc, to i tak warto. Koszt niewielki, a wygoda ogromna. I odkąd korzystam z tej funkcji regularnie (bo już ją mam), to nie mam pojęcia, jak mogłem się bez niej obyć wcześniej…

Przyszłość samochodów – garść refleksji

Od momentu wynalezienia samochód sukcesywnie zyskiwał na popularności, by wreszcie w XXI wieku stać się absolutnie nieodłączną częścią życia praktycznie każdego człowieka. Nawet ci, którzy nie mają własnego auta, korzystają przecież z komunikacji miejskiej czy międzymiastowej, a nawet jeśli nie, to czerpiemy z istnienia samochodów benefity pośrednio – na przykład dzięki temu, że rozbudowana sieć drogowa i transportowa umożliwia dostarczenie do sklepów każdego dnia towarów niezbędnych nam do codziennego funkcjonowania.

Oczywiście nieustanny rozwój technologiczny ma duży udział w tym, że auta oprócz niewątpliwych zalet posiadają również dość istotne wady. Jedną z największych jest ogromny negatywny wpływ na stan atmosfery naszej planety – spaliny emitowane każdego dnia przez miliony samochodów dramatycznie zwiększają w niej poziom dwutlenku węgla, co jest główną przyczyną postępującego globalnego ocieplenia.

korek uliczny

System start stop przydaje się szczególnie podczas brnięcia przez korki w mieście (źródło obrazka: pixabay.com)

Na szczęście inżynierowie z branży motoryzacyjnej intensywnie pracują nad tym, by silniki spalinowe emitowały jak najmniej CO² i osobiście uważam, że jednym z najciekawszych współczesnych rozwiązań w tej materii jest system start stop. W jaki sposób dokładnie on działa, można przeczytać np. tutaj, ja natomiast chciałbym się podzielić z czytelnikami przekonaniem, że najprawdopodobniej już w najbliższej przyszłości redukcja emisji do atmosfery gazów cieplarnianych będzie najpewniej w branży motoryzacyjnej polegać na coraz częstszym wdrażaniu silników ekologicznych – elektrycznych, wodorowych, być może nawet słonecznych.

Nie jest to wcale mrzonka: jednostki hybrydowe i elektryczne są już w powszechnym użyciu, silniki wodorowe testują obecnie co najmniej dwa poważne koncerny motoryzacyjne, a ogniwa słoneczne także udowadniają swoją skuteczność jako źródło zasilania dla jednostki napędowej. Fakt, jeszcze nie są tak wydajne, aby konkurować z innymi rodzajami „paliw alternatywnych”, ale kluczowe jest tu słowo „jeszcze”. Ja wierzę głęboko, że w przyszłości ogniwa słoneczne będą napędzać samochody tak samo wydajnie, jak współczesne paliwa – pozostaje tylko czekać (i doczekać) do tego momentu…