Wiedza kluczem do oszczędności

Pod koniec każdego roku kalendarzowego motoryzacyjny światek ogarnia prawdziwe szaleństwo: producenci starają się sprzedać samochody z poprzedniego roku modelowego za możliwie najlepszą cenę, klienci próbują uzyskać duże upusty na „stare” modele, dziennikarze donoszą o coraz to nowych zakamuflowanych prototypach wypatrzonych gdzieś na trasie… W całym tym chaosie można jednak znaleźć pewne prawidłowości, o których warto pamiętać szukając dla siebie samochodowej okazji zakupowej pod koniec roku.

samochody na parkingu

Co roku na wyprzedaże roczników trafiają tysiące aut (źródło obrazka: pixabay.com)

Przede wszystkim trzeba mieć na uwadze, że jeśli dany producent oferuje spore upusty od razu i w salonach nie ma większych problemów z negocjacją ceny w dół (oczywiście tylko do pułapu założonego uprzednio przez daną firmę), to najprawdopodobniej nowa generacja danego modelu pojawi się już w przyszłym roku. Jeśli to jakiś leciwy staruszek (a jest na rynku kilku takich), to bardziej może się opłacać wyczekanie do dnia premiery – nowa konstrukcja będzie nie tylko nowocześnie zaprojektowana, ale też będzie wyposażona w najnowsze dostępne na rynku technologie, a cena w porównaniu do generacji poprzedniej jakoś drastycznie się nie zmieni.

Jeśli natomiast producent niespecjalnie jest skłonny do obniżania ceny, to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jedyna nowość, jakiej doczeka się dany model, będzie polegać na liftingu. Rzecz jasna zakres zmian może być różny (od drobnych, czysto kosmetycznych detali po całkowite przeprojektowanie wnętrza) i to głównie od niego uzależniona jest chęć albo niechęć producenta do schodzenia z ceny.

Planując zakup samochodu w ramach zimowej wyprzedaży rocznika warto brać pod uwagę zasygnalizowane powyżej kwestie, bo może nam to nie tylko ułatwić ewentualną decyzję zakupową, ale też oszczędzić sporo pieniędzy. Trzeba tylko spróbować nie dać się zwariować natłokiem „promocji” i „jedynych okazji”, a na pewno uda się znaleźć dobry samochód w dobrej cenie – nawet jeśli na jego zakup trzeba będzie poczekać jeszcze kilka dodatkowych miesięcy…

Czy warto kupować używaną Toyotę?

Toyota jako marka cieszy się wśród polskich kierowców bardzo dobrą opinią – szczególnie podkreślana jest niezawodność i bezawaryjność japońskich konstrukcji, zwłaszcza zaś tych nieco starszych. Sprawa jest o tyle łatwa do zweryfikowania, że po naszych drogach jeździ wiele aut co najmniej kilkuletnich, ale tych kilkunastoletnich. Albo jeszcze starszych, ale raczej niezbyt dużo – a jeśli już, to większość z nich to właśnie jest Toyota. Dlaczego?

Odpowiedź jest banalnie wręcz prosta: dlatego, że japoński producent stawia sobie za cel dostarczanie aut maksymalnie niezawodnych, bezpiecznych i wytrzymałych, a proces produkcji jest w świecie motoryzacji w zasadzie wzorcowy. Na tyle, że identyczny albo niemal taki sam stosują praktycznie wszyscy pozostali producenci samochodów na świecie. To chyba mówi samo za siebie…

szara używana toyota corolla na drodze

Toyota Corolla – jeden z najpopularniejszych wśród polskich kierowców modeli japońskiego producenta (źródło obrazka: toyota.pl)

Nie tylko zresztą polscy kierowcy są zadowoleni z Toyot – u naszych zachodnich sąsiadów każdego roku publikowany jest raport awaryjności TÜV, w którym od dobrych kilkunastu lat japońska marka zajmuje najwyższe lokaty, przeznaczone dla najmniej awaryjnych aut. Co bardzo ciekawe, w najnowszym raporcie nawet w pierwszej czterdziestce „od dołu” rankingu, obejmującej samochody najbardziej awaryjne, nie znajduje się żadna Toyota. I to we wszystkich grupach wiekowych!

To właśnie dlatego używane Toyoty tak dobrze trzymają cenę i są tak poszukiwane przez kierowców chcących kupić samochód nieprzysparzający problemów. Zainteresowani takim zakupem na pewno ucieszą się z faktu, że Das WeltAuto ma w ofercie także i używane Toyoty – dzięki temu można z pewnego źródła kupić dobrego „japończyka”, pozbawionego ukrytych wad i ze znaną historią serwisową.

Osobiście uważam, że nawet jeśli uda się znaleźć gdzieś ofertę bardziej atrakcyjną cenowo, to nie warto szukać oszczędności za wszelką (!) cenę – kupując z drugiej reki nigdy nie otrzymamy żadnej gwarancji, a tym bardziej nie będziemy w stanie udowodnić, że sprzedano nam auto niesprawne technicznie. W Das WeltAuto nie dość, że jest gwarancja, to na dodatek każdy samochód przed wystawieniem na sprzedaż przechodzi gruntowne badania techniczne i remont, jeśli zachodzi taka potrzeba. W mojej opinii jest to warte znacznie więcej, niż kilkaset potencjalnie zaoszczędzonych złotych… (sprawdź)

Flota AD 2017

Kwestie związane z utrzymaniem i finansowaniem firmowej floty samochodowej pojawiały się na łamach tego bloga przynajmniej kilka razy w ciągu tego roku, uważam bowiem, że na ten temat mówi się stanowczo za mało. Dziś chciałbym po raz ostatni w 2016 roku wrócić do kwestii aut flotowych – w kontekście bieżącej oferty Skody.

Od października tego roku zmieniło się w sumie niezbyt wiele (wtedy pisałem o nowej odsłonie Octavii), ale udało mi się pominąć milczeniem sprawę dosyć ważną, czyli kwestię zdobycia przez czeski koncern prestiżowej nagrody „Pojazd Flotowy 2016” podczas Wielkiego Testu Flotowego w kwietniu 2016. Dlaczego to takie ważne?

Powód jest całkiem prosty: zwykle auta flotowe od Skody kojarzymy z bardzo popularną (zwłaszcza ostatnio) Octavią lub Fabią, a tymczasem w kwietniowym plebiscycie fleet managerowie i dziennikarze zdecydowali, że tytuł w segmencie B+ otrzyma Skoda Rapid. I to nie w byle jakiej kategorii – Rapid został uznany za „Najlepszy samochód flotowy dla pracownika”.

niebieska skoda rapid sedan, auto flotowe

Skoda Rapid – zwycięzca tegorocznego plebiscytu na najlepsze auto flotowe w segmencie B+ (źródło obrazka: skoda-flota.pl)

Według mnie to tylko potwierdza, że firmy decydujące się na Skodę jako dostawcę aut flotowych, dokonują właściwego wyboru – ceny są atrakcyjne, samochody spełniają wszelkie normy bezpieczeństwa (nie ma obecnie w ofercie modelu, który miałby mniej niż 5 gwiazdek w testach Euro NCAP), a standardowe wyposażenie niejednokrotnie bije na głowę konkurencję (sprawdź). O dogodnych sposobach finansowania czy ofertach dodatkowych w postaci np. darmowych pakietów serwisowych nawet nie wspominam, bo to temat na oddzielny wpis…

Wszystko wskazuje na to, że Skoda i w tym roku będzie liderem pośród wszystkich dostawców aut flotowych w Polsce – konkurencja nadal musi się od Czechów wiele nauczyć, szczególnie jeśli chodzi o relację cena-jakość. Pod tym względem naprawdę nie ma się do czego przyczepić: osobiście uważam, że za podobne pieniądze nie da się znaleźć innych samochodów tak dobrze zaprojektowanych, wszechstronnych, mających tyle przemyślanych, przydatnych rozwiązań i tak dobre właściwości jezdne.

A już tak zupełnie na marginesie, to mam też nieodparte wrażenie, że Skoda niedługo po 1. stycznia 2017 zaprezentuje coś nowego, choć oczywiście to tylko moje podejrzenia…

Hamulec niebezpieczeństwa

Dziś chciałbym się podzielić kilkoma refleksjami dotyczącymi kwestii, do której według mnie mało który kierowca przykłada należytą wagę, a która ma niebagatelny wpływ na poziom bezpieczeństwa na drogach. Wymiana płynu hamulcowego, a konkretniej o to, że wymieniamy go zbyt rzadko – zdecydowanie zbyt wielu kierowców nie zdaje sobie sprawy z tego, jak ważne jest, by znajdujący się w układzie hamulcowym płyn miał odpowiednie właściwości (sprawdź).

stary hamulec bębnowy

Utrzymywanie układu hamulcowego w dobrej kondycji jest bardzo ważne (źródło obrazka: Pixabay)

Jeszcze kilka lat temu nie znałem nikogo, kto wymieniałby płyn hamulcowy tak, jak się powinno to robić, czyli góra co dwa lata albo co każde przejechane 60 tysięcy kilometrów. Mało tego: sam tak nie robiłem. Tyle tylko, że ja się przekonałem na własnej skórze, na czym dokładnie polega różnica pomiędzy płynem świeżym i o pełnych właściwościach, a takim, który dociera do kresu swej żywotności. Szczęśliwie dla mnie skończyło się tylko na dużej ilości strachu, ale od tamtej pory wymieniam płyn hamulcowy regularnie – tym bardziej, że koszty zarówno płynu, jak i samej usługi są minimalne albo nawet zerowe.

Największym zagrożeniem dla płynu hamulcowego jest ich higroskopijność (wynikająca z zastosowania glikolu): średnio przyjmuje się, że każdy 1% zawartości wody w płynie hamulcowym obniża jego temperaturę wrzenia o około 15%. W praktyce przekłada się to na znaczące wydłużenie drogi hamowania (albo nawet na niemożność zahamowania w ogóle), a to z kolei oznacza, że w sytuacji krytycznej możemy zwyczajnie nie zdążyć zatrzymać się na czas.

Tu dochodzimy do sprawy ekstremalnie ważnej: wymieniać płyn samemu czy w serwisie? Z mojej perspektywy samodzielna wymiana jest stratą czasu, a oprócz tego nie mamy gwarancji, że usunęliśmy z układu cały stary płyn. Dotyczy to zwłaszcza nowych samochodów, w których standardowe „pompowanie” hamulcem jest zdecydowanie niewystarczającą metodą. W warsztacie spece zrobią to szybciej i sprawniej. A jeśli ktoś nie wie, gdzie najlepiej się udać, to polecam bardzo przydatne narzędzie do wyszukiwania różnego rodzaju usług motoryzacyjnych – zajrzyjcie na serwis autobooking.com. Ja z niego korzystam nie tylko do wymiany płynu hamulcowego…

System coming home, czyli co tak naprawdę jest potrzebne w samochodzie?

Przyznaję szczerze, że jeszcze do niedawna uważałem sporą część co bardziej wymyślnych i przydających się jedynie w określonych sytuacjach systemów montowanych w samochodach za niepotrzebny balast. W mojej opinii były to takie „zapchajdziury”, którymi producenci kompensowali brak czegoś, co naprawdę wyróżniłoby dany model na tle konkurencji albo po prostu dodawali coś na siłę tylko po to, żeby lista funkcji wyglądała bardziej imponująco. Z doświadczenia wiem też, że podobne przekonanie ma niemała liczba polskich kierowców, ale spieszę z informacją, że ja już zdanie w tej materii zmieniłem. I wcale nie trzeba było jakichś powalających argumentów albo dyskusji z szanowanym na świecie autorytetem motoryzacyjnym – wystarczyła zwykła kałuża o średnicy około 50 cm, głęboka tak mniej więcej do kostki…

samochód oświetlający drogę w nocy

System coming home potrafi oszczędzić wielu problemów – szczególnie, jeśli w okolicy nie ma innych źródeł dobrego oświetlenia (źródło obrazka: pixabay.com)

Pewnego wieczoru najzwyczajniej w świecie nie zauważyłem takiego zbiornika wodnego tuż po wyjściu z auta, a ponieważ się mocno spieszyłem na ważne spotkanie biznesowe, to nie zawracałem sobie głowy detalami w rodzaju wyciągnięcia telefonu i świecenia sobie latarką pod nogi. Było ciemno, bo latarnie nie świeciły, ale ponieważ był też chodnik, to automatycznie założyłem, że jest bezpiecznie. Niestety, nie było, bo akurat spory kawałek tego chodnika był w remoncie i po niedawnym deszczu w miejscach, z których wyjęto płytki, powstały dość głębokie kałuże. Ta „moja” po ciemku była praktycznie nie do uniknięcia.

Na spotkanie się wprawdzie nie spóźniłem, ale przez cały czas siedziałem spięty zastanawiając się, czy bardzo widać, że prawą nogawkę spodni prawie do pół łydki mam utytłane w błocie i co sobie o mnie pomyśli potencjalny wspólnik. Jak się później okazało nie zwrócił na to uwagi (zapytałem, kiedy już doszliśmy do porozumienia w interesach), ale mnie dyskomfort pozostał. I wtedy właśnie zacząłem doceniać te „niepotrzebne” systemy.

Gdyby w moim samochodzie była zainstalowana funkcjonalność coming home (albo leaving home, nazewnictwo zależy od konkretnego producenta), zauważyłbym kałużę od razu i ominąłbym ją, bo przez dobrych kilkanaście sekund auto doświetlałoby mi drogę. Niby drobiazg, ale jednak bardzo przydatny (sprawdź). A kiedy szukając opcji zamontowania w swoim aucie jakiegoś gotowego systemu coming home trafiłem na setki postów dotyczących tego, jak sobie samemu takie coś złożyć, doszedłem do słusznego chyba wniosku, że nawet jeśli taki system przydaje się tylko raz na miesiąc, to i tak warto. Koszt niewielki, a wygoda ogromna. I odkąd korzystam z tej funkcji regularnie (bo już ją mam), to nie mam pojęcia, jak mogłem się bez niej obyć wcześniej…

Przyszłość samochodów – garść refleksji

Od momentu wynalezienia samochód sukcesywnie zyskiwał na popularności, by wreszcie w XXI wieku stać się absolutnie nieodłączną częścią życia praktycznie każdego człowieka. Nawet ci, którzy nie mają własnego auta, korzystają przecież z komunikacji miejskiej czy międzymiastowej, a nawet jeśli nie, to czerpiemy z istnienia samochodów benefity pośrednio – na przykład dzięki temu, że rozbudowana sieć drogowa i transportowa umożliwia dostarczenie do sklepów każdego dnia towarów niezbędnych nam do codziennego funkcjonowania.

Oczywiście nieustanny rozwój technologiczny ma duży udział w tym, że auta oprócz niewątpliwych zalet posiadają również dość istotne wady. Jedną z największych jest ogromny negatywny wpływ na stan atmosfery naszej planety – spaliny emitowane każdego dnia przez miliony samochodów dramatycznie zwiększają w niej poziom dwutlenku węgla, co jest główną przyczyną postępującego globalnego ocieplenia.

korek uliczny

System start stop przydaje się szczególnie podczas brnięcia przez korki w mieście (źródło obrazka: pixabay.com)

Na szczęście inżynierowie z branży motoryzacyjnej intensywnie pracują nad tym, by silniki spalinowe emitowały jak najmniej CO² i osobiście uważam, że jednym z najciekawszych współczesnych rozwiązań w tej materii jest system start stop. W jaki sposób dokładnie on działa, można przeczytać np. tutaj, ja natomiast chciałbym się podzielić z czytelnikami przekonaniem, że najprawdopodobniej już w najbliższej przyszłości redukcja emisji do atmosfery gazów cieplarnianych będzie najpewniej w branży motoryzacyjnej polegać na coraz częstszym wdrażaniu silników ekologicznych – elektrycznych, wodorowych, być może nawet słonecznych.

Nie jest to wcale mrzonka: jednostki hybrydowe i elektryczne są już w powszechnym użyciu, silniki wodorowe testują obecnie co najmniej dwa poważne koncerny motoryzacyjne, a ogniwa słoneczne także udowadniają swoją skuteczność jako źródło zasilania dla jednostki napędowej. Fakt, jeszcze nie są tak wydajne, aby konkurować z innymi rodzajami „paliw alternatywnych”, ale kluczowe jest tu słowo „jeszcze”. Ja wierzę głęboko, że w przyszłości ogniwa słoneczne będą napędzać samochody tak samo wydajnie, jak współczesne paliwa – pozostaje tylko czekać (i doczekać) do tego momentu…

Auto prawie idealne, czyli Ford Focus kombi po liftingu

Zdaję sobie dość dobrze sprawę z tego, że wciąż dla wielu polskich kierowców nazwa Ford Focus kombi jest czymś w rodzaju motoryzacyjnego oksymoronu – Focus ma przecież być mały i miejski, a wszystkie inne wersje to po prostu herezja. Na szczęście od pewnego czasu to myślenie się zmienia w naszym kraju, a najnowsza odsłona Focusa właśnie w odmianie kombi to najlepszy dowód na to, że na globalnym rynku jest wystarczająco duże zapotrzebowanie na ten model (sprawdź).

Trudno się zresztą dziwić, bo Ford Focus kombi jest sprzedawany w niemal stu pięćdziesięciu krajach na świecie i chyba nigdzie nie został źle przyjęty. To głównie zasługa świetnych właściwości jezdnych, którymi Focus charakteryzował się od chwili wprowadzenia do sprzedaży w 1998 roku i które dziś są już cechą wyróżniającą tego modelu. Nie ma co jednak ukrywać, że pod względem stylistycznym najnowsza generacja wyglądała dość kiepsko – zbyt masywnie, zbyt ciężko, zbyt nieproporcjonalnie… Niedawny lifting zlikwidował wszystkie te bolączki bardzo skutecznie, dodając Focusowi lekkości, wysmuklając sylwetkę i sprawiając, że nawet wersja kombi wygląda bardzo dynamicznie. Za to u mnie Ford ma dużego plusa.

błękitny ford focus kombi na drodze w mieście

Tak się prezentuje Ford Focus kombi po liftingu – zmiany były spore, ale wszystkie na plus (źródło obrazka: ford.pl)

Sporo zyskała także ergonomia wnętrza nowego Focusa: przede wszystkim na desce rozdzielczej jest zauważalnie mniej przycisków, co w ogólnym rozrachunku jest rozwiązaniem dobrym, bo pomaga się nie rozpraszać w trakcie jazdy. Oprócz tego sam panel też zyskał na przejrzystości z uwagi na zamontowanie w nim dużego ekranu dotykowego, który jest bardzo intuicyjny w obsłudze.

Ford Focus kombi ma ponadto całkiem interesującą gamę systemów wspomagających (w tym np. Lane Assist, Active Park Assist oraz Active City Stop), został także wyposażony w adaptacyjne reflektory biksenonowe, system auto-start-stop, kilkanaście jednostek napędowych do wyboru i (co najważniejsze) jest dostępny w dobrej cenie. Jedyne, czego brakuje, to jego obecności w garażach większej liczby Polaków…

Skoda Octavia kombi, czyli nowe oblicze klasyki

Zupełnie niedawno pisałem o Skodzie Octavii kombi w kontekście wyboru tego modelu jako bazy dla floty firmowej i nadal uważam, że to dobry wybór. Dziś jednak postanowiłem przyjrzeć się bliżej nowej odsłonie rodzinnej Octavii z perspektywy przeciętnego Kowalskiego, który chciałby kupić dla swojej rodziny samochód, ale nie jest do końca przekonany do żadnego dostępnego na rynku modelu. Dlaczego więc właśnie Octavia kombi powinna wzbudzić szczególne zainteresowanie naszego Kowalskiego?

brązowa skoda octavia kombi w wersji laurin & klement zaparkowana na chodniku

Skoda Octavia kombi jest także dostępna w ekskluzywnej wersji wyposażeniowej Laurin & Klement (źródło obrazka: skoda-auto.pl)

Jednym z najważniejszych powodów będzie bez wątpienia przestronność i ergonomia tego auta. Nowa Skoda Octavia kombi ma bardzo pojemny bagażnik (610 litrów), który pomieści wszystkie potrzebne rzeczy, a jeśli miejsca zabraknie, to wystarczy złożyć tylną kanapę i mamy o ponad 1000 litrów więcej przestrzeni ładunkowej. 1740 litrów to naprawdę dużo. A przy tym żadna z podróżujących Octavią kombi osób nie będzie narzekać na brak miejsca – wnętrze jest ergonomicznie zaprojektowane i bardzo wygodne. Rozstaw osi wynoszący niemal 2,7 metra ma niemały udział w poziomie komfortu jazdy tym autem.

Skoda Octavia kombi w najnowszej wersji modelowej to również auto bardzo bezpieczne – najuboższe wyposażenie obejmuje między innymi 7 poduszek powietrznych, ABS, ESP, komputer pokładowy i światła do jazdy dziennej. Sporą ciekawostką jest dostępny także w standardzie hamulec antykolizyjny (Multi-Collision Brake), który uruchamia się w chwili, gdy już dojdzie do kolizji i auto wpada w niekontrolowany poślizg będący jej wynikiem. Zadaniem hamulca antykolizyjnego jest jak najskuteczniejsze i jak najszybsze wyhamowanie auta, by nie dochodziło do kolizji wtórnych.

Silników do wyboru jest bardzo szeroka paleta, obejmująca również ekologiczne silniki CNG, dzięki czemu nasz Kowalski będzie mógł wybrać dla siebie i swojej rodziny taki, który najbardziej odpowiada ich potrzebom. Chciałbym też podkreślić to, o czym pisałem już wcześniej, a mianowicie fakt, że po liftingu nowa Skoda Octavia kombi prezentuje się nie tylko bardziej elegancko, ale też bardziej drapieżnie (sprawdź). I choć może sam w sobie nie jest to wystarczający powód, żeby się na Octavię przesiąść, to wymienione wcześniej zalety auta powinny Kowalskiego przekonać. Zwłaszcza, że niecałe 68 tysięcy złotych to całkiem przystępna cena…

Volvo XC90, czyli ekologia po szwedzku

Tytułowy bohater pojawia się tu już po raz kolejny i jak zawsze jest po temu ważny powód. Pisałem już o tym, że to auto bezpieczne, opisałem pokrótce najważniejsze cechy i systemy, ale udało mi się pominąć milczeniem fakt bardzo istotny, czyli to, jak bardzo Volvo XC90 jest przyjazny dla środowiska. Ten wielki SUV (sprawdź), wyposażony w niebagatelną moc (w najsłabszej specyfikacji silnik wysokoprężny generuje 225 KM, a w najmocniejszej około 400!) został bowiem opracowany od podstaw jako auto ekologiczne. Tyle tylko, że według Szwedów słowo „ekologia” ma najwyraźniej znacznie szersze znaczenie, niż uważa chyba cała reszta świata. Dlaczego tak twierdzę?

To proste: jeszcze nie udało mi się znaleźć na rynku samochodu z podobnego segmentu, który w tak dużym stopniu nadaje się do recyklingu, jak właśnie Volvo XC90. Dla jasności dodam, że przez recykling rozumiem nie tylko to, że można auto oddać na szrot (bo to można zrobić z każdym wozem), ale fakt, że według szwedzkich konstruktorów ponad 95% masy XC90 da się odzyskać, a 85% bez problemu nadaje się do recyklingu właśnie. A to przecież nie jest jakieśtam pierwsze lepsze z brzegu auteczko miejskie, które na dobrą sprawę mogłoby przecież być zrobione z zupełnie ekologicznej tektury, tylko luksusowy SUV, który pod względem poziomu bezpieczeństwa zapewnianego pasażerom i liczby zastosowanych systemów zostawia konkurencję daleko, daleko w tyle. Szwed potrafi, nie ma co do tego wątpliwości.

czarne volvo xc90

Elegancki, luksusowy, potężny, ekologiczny i… niemal w całości zdatny do recyklingu – takie jest nowe Volvo XC90! (źródło grafiki: volvocars.com)

Żeby pokazać, do jakiego stopnia Szwedzi poszli w ekologię w przypadku Volvo XC90 wystarczy tylko jeden drobny, ale za to znaczący przykład – otóż postanowili do malowania karoserii zastosować lakiery wodne. A żeby dodatkowo zredukować ewentualny poziom ich szkodliwości dla środowiska naturalnego, najpierw zadbali o to, żeby lakiernie, w których malowane są produkowane przez nich samochody, stały się jednymi z najczystszych (o ile nie najczystszymi) na świecie. To się nazywa kompleksowe podejście do ekologii…

Już tak na marginesie dodam, że nie tylko mnie się podoba to, jak spece z Volvo podchodzą do sprawy zaprojektowania dobrego auta – nagrody przyznane przez miesięcznik „Auto Moto”, tygodnik „Auto Świat”, magazyn „Auto Motor i Sport” czy wreszcie wygrana w plebiscycie „The Best Car of the Year” organizowanym przez portal Onet.pl są chyba wystarczającym potwierdzeniem tego, że naprawdę jest się czym zachwycać…

Wyprzedaż rocznika – czy to się opłaca?

Bardzo często spotykam się z przekonaniem, że jeśli któryś znany producent aut decyduje się na wprowadzenie promocji na wybrane modele z danego rocznika jeszcze przed zakończeniem aktualnego roku modelowego, to musi w tym być jakiś haczyk. Prawda jest jednak taka, że tego typu opowieści są wyssane z palca, bo ani sprzedawane w ten sposób samochody nie odstają jakością od tych, które trafiły wcześniej do salonów, ani też nie jest to sposób, żeby wypchnąć jakieś buble czy inne niedoróbki. Bardzo dobrze pokazała to wyprzedaż rocznika 2014 w salonach Volkswagena (sprawdź), gdzie popularne modele w ofercie „first minute” były tak atrakcyjnie przecenione, że szły jak przysłowiowe ciepłe bułeczki.

niebieski volkswagen sharan zaparkowany przed domem nad morzem

Wyprzedaż rocznika 2014 obejmowała także i ten popularny model – VW Sharan, który można było kupić o 15 000 zł taniej (źródło obrazka: volkswagen.de)

Przykład z wyprzedażą rocznika 2014 przywołuję tylko dlatego, żeby udowodnić, że tak naprawdę promocje tego typu opierają się o bardzo prostą zasadę: lepiej sprzedać za mniej niż nie sprzedać za więcej. Każdy producent (nie tylko samochodów) widząc, że będzie zmieniać asortyment w sklepach na nowszy, chciałby odzyskać przynajmniej część środków zainwestowanych w produkcję zalegających na magazynie towarów. Tak samo dzieje się w przypadku aut – przy czym tu jest o tyle lepsza sytuacja, że zanim wejdzie nowy rok modelowy, jest jeszcze kilka miesięcy na to, żeby skutecznie sprzedać choć część wozów.

Wyprzedaż rocznika 2014 była dla Volkswagena tak dużym sukcesem z jeszcze jednego powodu: połączono możliwość zakupu ze zniżką nowego samochodu tej marki z ofertą zaopatrzenia się w pakiet ubezpieczeniowy w równie przystępnej cenie. Tego rodzaju łączone oferty zawsze cieszą się dużym wzięciem wśród kierowców, a jeśli dorzuci się do tego kilka różnych opcji finansowania, to przynajmniej niektóre firmy również się zakupem aut w takiej promocji zainteresują.

To wszystko sprawia, że wyprzedaże roczników są nadal stałym punktem w motoryzacyjnym kalendarzu zakupowym. Jeśli zatem zależy nam na tym, by uzyskać niemałą zniżkę na wymarzony model (w 2014 roku można było kupić np. VW Scirocco FL o 21 000 złotych taniej!), należy na bieżąco monitorować aktualności na stronach ulubionych producentów. Ja jestem całkowicie pewny, że i w tym roku Volkswagen zaskoczy wszystkich naprawdę dobrze przemyślaną ofertą promocyjną na bieżące modele…