Volkswagen CC – limuzyna z przeszłością

Cztery lata w motoryzacyjnym światku to już całkiem długo, ale jeszcze nie na tyle, żeby jakiś model uznawać za przestarzały czy niepasujący do współczesnych standardów. Volkswagen CC (bo o nim mowa) jest jednak konstrukcją tak naprawdę o kolejne cztery lata starszą – w 2008 roku zadebiutował bowiem Passat CC, którego obecna wersja to właśnie opisywany dziś model CC. W tym przypadku wszakże nie ma to większego znaczenia, ponieważ CC to wciąż świetny wybór dla kogoś, kto potrzebuje solidnej i komfortowej limuzyny w przystępnej cenie.

biały volkswagen cc

Elegancki, a jednocześnie dynamiczny – tak właśnie wygląda nowy Volkswagen CC (źródło obrazka: volkswagen.pl)

Zmiana nazewnictwa była moim zdaniem bardzo dobrym posunięciem i to nie tylko z czysto marketingowego punktu widzenia. Po pierwsze „odkleiła” VW CC od uważanego za model dla mas Passata, a po drugie pozwoliła wprowadzić w nowej wersji sporo zauważalnych i odczuwalnych zmian – między innymi zmodyfikować nadwozie tak, że stało się bardziej dynamiczne.

Zmiana jest zresztą nie tylko wizualna: najsłabsza dostępna jednostka napędowa to silnik wysokoprężny o pojemności 2 litry, generujący 140 KM mocy, najmocniejsza natomiast (benzynowa) wytwarza aż 210 KM. Oprócz tego są jeszcze dwa silniki o mocy odpowiednio 177 KM (Diesel) i 160 KM (benzyna). Wszystkie współpracują ze skrzynią biegów DSG, jest zatem z czego wybierać.

Można spotkać się z zarzutami, że CC ma standardowo tylko dwa miejsca na tylnej kanapie, a trzecie jest dostępne dopiero za dopłatą, ale bądźmy szczerzy – jak wiele osób kupuje limuzynę po to, żeby się w niej tłoczyć w piątkę? Przecież nawet w znacznie przestronniejszych minivanach potrafimy narzekać na brak miejsca, można więc spokojnie uznać, że Niemcy zwyczajnie poszli nam na rękę, choć oczywiście nie przewidzieli, że w naszym kraju zawsze uda się znaleźć powód do marudzenia…

Dla modelu CC dostępna jest także całkiem szeroka gama akcesoriów (kliknij). Spośród nich na uwagę zasługują między innymi różnego rodzaju rozwiązania transportowe dla tych, którzy bagażnik o pojemności 532 litry uznają za zbyt mały (albo osób chcących przewozić np. kajak lub rower), a także foteliki dla dzieci, segmentowane szuflady do bagażnika czy lodówka samochodowa. Osobiście uważam Volkswagena CC za konstrukcję całkiem udaną i choć może nie jest to najtańsza propozycja na rynku, to mimo wszystko warta swej ceny.

Miliony zobowiązują, czyli parę słów o Volkswagenie Jetta

VW Jetta to jeden z tych modeli, które w moim osobistym rankingu plasują się dosyć wysoko. Nie tyle nawet ze względu na słynną niemiecką jakość, ale raczej z uwagi na fakt, że z każdą kolejną generacją stawało się ono samochodem coraz lepszym. Zresztą nie jestem chyba odosobnionym przypadkiem, skoro na całym świecie od chwili debiutu Jetty w 1979 roku sprzedało się do teraz kilkanaście milionów egzemplarzy wszystkich sześciu dotychczasowych generacji. To niebagatelna liczba, która jest nie tylko dowodem sukcesu, ale również sporym zobowiązaniem dla producenta.

volkswagen jetta vi wnętrze kokpit kierowcy

Tak wygląda wnętrze najnowszej, szóstej generacji VW Jetta (źródło obrazka: volkswagen.de)

Prawdopodobnie to właśnie ze względu na to zobowiązanie ostatnia generacja Jetty (wypuszczona w 2010 roku) doczekała się dwa lata temu liftingu. Dodam od razu, że wcale nie polegającego jedynie na uwspółcześnieniu linii nadwozia (przy okazji przeprojektowano je pod kątem aerodynamiki i poprawiono ogólną wytrzymałość karoserii) czy wymianie reflektorów na nowsze. Poprawiona Jetta zyskała również w standardzie na przykład system monitoringu martwego pola (Blind Spot Detection), system ostrzegania przed kolizjami z przodu (Front Assist) czy system znacznie ułatwiający bezpieczne wyjechanie z parkingu tyłem na drogę (Rear Traffic Alert).

Zupełnie przy okazji do palety dostępnych silników trafiła czterocylindrowa jednostka wysokoprężna 2,0 TDI, generująca 150 KM mocy i zdolna rozpędzić ważącą ponad 1300 kg Jettę od 0-100 km/h w 8,9 sekundy. Ponadto jest to silnik całkiem oszczędny, bo średnie spalanie deklarowane przez producenta wynosi w cyklu mieszanym jedynie 4,9 litra na 100 km, więc nawet przy założeniu, że realne spalanie będzie nieco wyższe, jest to dobry wynik. Warto dodać, że moment obrotowy rzędu 340 Nm dostępny w zakresie 1750-3000 obrotów, więc ze sprawnym przyspieszaniem nie ma problemów.

Jako ciekawostkę dodam na koniec, że jeśli kogoś interesuje VW Jetta używane egzemplarze można w przystępnych cenach kupić za pośrednictwem wspominanego już przeze mnie w ubiegłym miesiącu portalu Das WeltAuto (tutaj). Sprawa do rozważenia o tyle, że nie kupuje się kota w worku, tylko samochód sprawdzony, sprawny technicznie i z pełną historią – a przy okazji raczej niskim i udokumentowanym przebiegiem. Ale decyzję pozostawiam oczywiście każdemu Czytelnikowi…

Samochody dostawcze w wersji Forda

Zazwyczaj kiedy mówimy o samochodach dostawczych, mamy na myśli auta o gabarytach przynajmniej vana i nie dzieje się tak bez powodu – przez wiele lat właśnie tak to wyglądało. Bez małej ciężarówki nie dało się prowadzić biznesu i dostarczać towaru, nawet jeśli wiązało się to czasem z generowaniem zbędnych kosztów. Nie zawsze przecież „pakę” ładuje się do pełna, a typowe dostawczaki mają przeważnie raczej wysokie spalanie.

Ford udowadnia jednak, że przyzwyczajenia warto co jakiś czas zmieniać, a do definicji nie ma się co przywiązywać – wszystko można bowiem zdefiniować na nowo. Doskonałym dowodem jest bieżąca oferta firmy, która proponuje jako samochody dostawcze takie modele, jak np. Ford Fiesta Van czy Ford Transit Courier (sprawdź). Z jednej strony bardzo odważnie, a z drugiej całkowicie logicznie i zgodnie z bieżącymi trendami.

srebrny ford fiesta van zaparkowany w mieście przed sklepem

Ford Fiesta Van jako samochód dostawczy – trzeba przyznać, że wygląda dość zjawiskowo… (źródło obrazka: ford.pl)

Prawda jest bowiem taka, że nie każdy współczesny biznes wymaga posiadania wielkiego auta, do którego załadujemy 10 metrów sześciennych towaru. Dla potrzeb niewielkich sklepów czy nawet kafejek albo małych restauracji najlepiej sprawdzą się właśnie samochody dostawcze o rozmiarze pozwalającym zaparkować je gdziekolwiek, a przy tym niegenerujące dużych kosztów. I te dwa założenia oba wspomniane modele (nie tylko zresztą one z oferty Forda, ale to już inna historia) wypełniają znakomicie.

Fiesta Van ma ładowność maksymalną wynoszącą 1 metr sześcienny, co jak na tak nieduże auto jest wynikiem naprawdę imponującym. Do tego spalanie rzędu 3,2 litra na 100 kilometrów w cyklu mieszanym (dla silnika TDCi ECOnetic o pojemności 1,5 litra) i aż 12 lat gwarancji na korozję perforacyjną nadwozia to naprawdę dobre argumenty za tym, żeby się poważnie nad zakupem tej wersji Fiesty zastanowić.

Transit Courier jest nieco większy, siłą rzeczy ma więc większą ładowność, wynoszącą 2,3 metra sześciennego. Cała przestrzeń ładunkowa została zresztą pomyślana tak, żeby bez problemu zmieściła się tam europaleta o standardowych rozmiarach. Jeśli złoży się przegrodę i siedzenie pasażera, co jest możliwe po dokupieniu takiej opcji, można swobodnie wozić przedmioty o długości do 2,59 metra (standardowo do 1,62 metra). Poza tym oczywiście do wyboru jest kilka oszczędnych jednostek napędowych, z których najniższe spalanie posiada silnik Duratorq – 3,7 litra/100 km.

Krótko mówiąc nowe, niewielkie samochody dostawcze Forda to ciekawy pomysł na to, by poszukać oszczędności tam, gdzie jeszcze do niedawna było to trudne lub niemożliwe. Jak dla mnie rozwiązanie rewelacyjne.

Volvo XC70 – w sam raz na polskie drogi

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie będzie szczególnie odkrywcze w kontekście marki Volvo powtórzenie po raz kolejny, że to samochody, które w standardzie mają wszystko, a jeśli dla kogoś to za mało, może dokupić sobie więcej. Tyle tylko, że to prawda, a na dodatek takie podejście do klienta jest mimo wszystko sprawą dosyć niecodzienną na współczesnym rynku motoryzacyjnym.

Bohater dzisiejszego wpisu, czyli Volvo XC70, swego czasu był ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich – włącznie z analitykami rynku, którzy przepowiadali uterenowionemu kombi marną przyszłość. Co najciekawsze, opinia ówczesnych kierowców (bo XC70 po raz pierwszy pojawił się w sprzedaży w 1997 roku) była diametralnie inna i tak naprawdę tylko dzięki ich zainteresowaniu tym nietypowym modelem praktycznie każdy współczesny producent aut ma w ofercie swój odpowiednik XC70.

brązowe volvo xc70 podczas jazdy w lesie

Tak prezentuje się najnowsza odsłona Volvo XC 70 (źródło obrazka: volvocars.com)

Volvo XC 70 przeszło od tamtej pory sporo modyfikacji (sprawdź), z których chyba największą był powrót do charakterystycznych dla marki „kanciastych” linii nadwozia. Trzecia generacja modelu ma naprawdę spory prześwit (21 cm.) i standardowo jest wyposażona w napęd na 4 koła, co pozwala prowadzącej ten samochód osobie nie obawiać się nawet dość nierównych szutrowych dróg. Polska zima w wersji, z jaką mamy do czynienia od dobrych kilku lat, również nie będzie stanowić wyzwania dla XC70, choć trzeba oczywiście pamiętać podczas jazdy, że jednak nie jest to rasowa „terenówka”. Niemniej jednak bije na głowę inne crossovery pod względem właściwości trakcyjnych, pozostając przy tym autem naprawdę luksusowym.

Najbardziej ten luksus jest widoczny wewnątrz – chociaż nie ma tu żadnych wizualnych fajerwerków, to wykończenia i użyte do nich materiały są gustowne i eleganckie. Jak zawsze w przypadku Volvo bardzo ważną rolę odgrywa ergonomia: Volvo XC70 zaprojektowano tak, żeby pięć dorosłych osób mogło wyruszyć w długą, wielogodzinną podróż zabierając niezbędne bagaże (standardowo bagażnik mieści 575 litrów) i nie odczuć dobrych kilkuset przejechanych kilometrów.

Gama dostępnych silników jest spora: sześć jednostek o mocy od 163 KM (najsłabszy) do 254 KM (najmocniejszy) sprawia, że można dobrać coś pod swoje potrzeby i oczekiwania. Owszem, Volvo XC70 nawet w najmocniejszej specyfikacji rakietą nie jest, ale pamiętajmy, że to nie wóz sportowy, tylko duże, ciężkie kombi, którego głównym zadaniem ma być stateczne sunięcie po drogach i co bardziej przejezdnych bezdrożach. I w tej roli sprawdza się naprawdę dobrze.

Kupujmy samochody używane, a nie zużyte!

Bardzo niewielu Polaków nie posiada obecnie samochodu, co jest dość dobrym potwierdzeniem tezy, że bogacimy się jako społeczeństwo – jeszcze 25 lat temu na samochód stać było tylko nielicznych. Niestety, całkiem spora część tego, co jeździ po polskich drogach, to auta powypadkowe, doprowadzone przez naszych rodzimych mechaników do stanu używalności. I choć niejednokrotnie wymagało to bez wątpienia umiejętności graniczących z cudotwórstwem, to w żaden sposób ci artyści nie byli w stanie sprawić, żeby takim rozbitkiem jeździło się bezpiecznie.

samochód zniszczony przewróconym drzewem

Polscy mechanicy wyremontowaliby nawet i tak zniszczony samochód, a potem zostałby sprzedany jako „niebity”… (źródło obrazka: Pixabay)

Na szczęście powoli zaczyna się coś w tym zakresie zmieniać i jeśli się poszuka, to można już teraz kupić samochody używane, które są całkowicie sprawne technicznie, nie są powypadkowe i do których w związku z tym nie strach wsiadać. Jednym z dealerów tego rodzaju aut jest Das WeltAuto – firma, która słynne polskiego powiedzonka „Polak potrafi” postanowiła wykorzystać w sposób zdecydowanie kreatywniejszy i ciekawszy niż typowi handlarze samochodami.

Zasadnicza różnica polega na tym, że w Das WeltAuto kupuje się wyłącznie samochody używane (kliknij) o sprawdzonym przebiegu i udokumentowanej, pewnej historii. Dzięki temu nie ma możliwości, żeby kupić jakąś bombę z opóźnionym zapłonem i nie marnujemy zainwestowanych pieniędzy. Mało tego – podobnie jak w przypadku aut poleasingowych kupowanych od producenta, tutaj też każdy samochód przechodzi bardzo szczegółową kontrolę (lista kontrolna ma aż 117 punktów!) i wszystkie podzespoły wymagające naprawy są wymieniane na sprawne.

To nadal nie koniec: można się bez najmniejszego problemu każdym z oferowanych samochodów wybrać na jazdę próbną przez zakupem, a gdy się już zdecydujemy na konkretny wóz, możemy go za pośrednictwem Das WeltAuto ubezpieczyć (mowa zarówno o obowiązkowym OC, jak też AC, NNW i pakiecie assistance). Dostajemy także gwarancję zabezpieczającą nas przed ryzykiem związanym z zakupem samochodu, a jeśli dojdziemy do wniosku, że auto jest zbyt słabo wyposażone, możemy je swobodnie doposażyć.

Jeżeli natomiast z jakiegoś powodu uznamy, że to mimo wszystko nie to auto chcieliśmy i wolelibyśmy inny samochód używany z oferty Das WeltAuto, to też nie ma problemu – do tygodnia od daty pierwotnego zakupu mamy możliwość wymiany auta na inne. Mam jedynie nadzieję, że podobnego typu punktów i sprzedawców będzie się w naszym kraju pojawiać coraz więcej…

Samochód ma jeździć, a nie brzmieć!

Obserwuję pojawiające się w Internecie kolejne „recenzje” trzeciej generacji Forda Focusa ST z mieszaniną podziwu i niesmaku. Naprawdę doskonale rozumiem, że jakiś ktoś dostał do testów taki wóz i coś musi o nim napisać nawet wtedy, gdy nie ma zbyt wielkiego o tym pojęcia. Spory niesmak budzi we mnie w tym kontekście fakt, że chyba wszyscy „recenzenci” powtarzają jak papugi to, co już wcześniej napisał ktoś inny, tyle tylko, że ubierają to w nieco inne sformułowania.

pomarańczowy ford focus st mk3

Tak właśnie prezentuje się nowy Ford Focus ST Mk3 (źródło obrazka: Ford.pl)

Zdaję sobie sprawę, że nowy Focus ST nie musi się każdemu podobać – wygląd zewnętrzny samochodu to przecież kwestia gustu. jednym podobają się sylwetki raczej sportowe, inni nie wsiądą do auta, które nie ma miliona przetłoczeń, jeszcze kolejni kierowcy będą jak ognia unikać wszystkiego, co nie ma na tylnej klapie spojlera wielkości motolotni… Bardzo jednak byłbym wdzięczny wszystkim z Bożej łaski „recenzentom”, żeby to mnie (i innym kierowcom zainteresowanym zakupem tego konkretnego modelu) pozostawili decyzję, czy się nam podoba, czy nie. Bardzo mnie irytuje, kiedy ktoś w tak niewybredny sposób nakazuje mi, co mam myśleć i czuć.

Zwróćcie przy tej okazji uwagę na pewien bardzo istotny detal: jak już wsiądziecie do samochodu, to go nie widzicie i tak naprawdę o niebo ważniejsze od wyglądu jest to, czy auto jest bezpieczne, ile pali, czy jest wam w nim wygodnie i tak dalej. Kiedy kupuję samochód, wygląd nie ma dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, bo jak jadę w trasę, to bardziej mnie obchodzi, jak się będę czuł przez te kilka godzin…

Druga ważna sprawa to opisywane przez wszystkich brzmienie silnika 2,0 litra w nowym Focusie ST – a ja wam powiem, że (jak napisałem w tytule) samochód ma jechać, a nie brzmieć! Gdyby zależało mi na tym, żeby poruszać się pojazdem o głębokim, basowym ryku silnika, to kupiłbym sobie jakiś pochodzący z wojskowego demobilu transporter opancerzony z homologacją do ruchu drogowego, a nie usportowioną wersję najzwyklejszego w świecie auta! Dla mnie to nawet lepiej, że Focus ST (sprawdź) trzeciej generacji ma cichszy silnik, bo się tak nie męczę, kiedy jadę kilka godzin po autostradzie…

Tak więc mała prośba do tak zwanych „recenzentów” aut: dajcie sobie spokój z próbami prostowania potencjalnym klientom danej marki światopoglądu na siłę. Zamiast tego uszanujcie nasze prawo do posiadania własnego zdania na temat, w którym wy czujecie się absolutnie nieomylni…

Dom Volvo – najlepszy warszawski dealer Volvo

Pisałem niedawno o tym, że w końcu na rynku samochodów używanych zaczęło się dziać coś pozytywnego i może w końcu po naszych drogach przestaną jeździć kilkunastoletnie sterty złomu, które jakiś polski mechanik-artysta pieczołowicie zrekonstruował do stanu jezdnego. Ten nowy trend nie wziął się jednak znikąd: najpierw bowiem na rynku pojawili się sprzedawcy, których zasadniczą ofertą były poleasingowe auta znanych marek.

Jedną z pierwszych firm tego typu był Dom Volvo – warszawski dealer Volvo, specjalizujący się w sprzedaży kilkuletnich aut szwedzkiej marki, który po dziś dzień wyznacza standardy w branży (sprawdź). Najprawdopodobniej to właśnie od tego dealera przejęli podejście do handlu używanymi samochodami sprzedawcy niezwiązani wyłącznie z jedną marką, co akurat jest bardzo dobrą wiadomością dla wszystkich kupujących takie auta.

zdjęcie statuetki mobilizator dla dom volvo w warszawie

Dom Volvo jest laureatem prestiżowej nagrody „Mobilizator”, przyznaną przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (źródło obrazka: Domvolvo.volvocars-partner.pl)

Ponieważ jednak realia rynku zmieniają się dość dynamicznie, Dom Volvo nie spoczął na laurach i od chwili debiutu rynkowego stale poszerza ofertę oraz dopasowuje się do bieżących trendów oraz wymagań swych klientów. Niedawno została rozpoczęta poważna rozbudowa salonu i serwisu, po której zakończeniu klienci będą mieli jeszcze lepszy dostęp do oferowanych przez tego warszawskiego dealera usług.

Warto wspomnieć o tym, że w Domu Volvo można również swoje Volvo ubezpieczyć – oferowany pakiet jest naprawdę szeroki i ciekawie skomponowany (we współpracy z PZU i Allianz), a wykupić go można nawet dla samochodu używanego. Warunek jest jeden: musi to być auto, które w przeszłości zostało kupione w salonie Volvo jako samochód nowy.

Dodam od siebie, że w Domu Volvo można obecnie kupić już nie tylko samochody używane, ale także i nowe modele szwedzkiej marki w atrakcyjnych cenach, ale na tym nie koniec. Można na przykład do końca lipca (czyli już wcale nie tak długo!) wybrać się do Domu Volvo na Puławską i za niecałe 100 złotych sprawdzić stan techniczny swojego Volvo. Jeśli się na to zdecydujemy, możemy liczyć na 15% upust na zakupione na miejscu części hamulcowe oraz aż 30% rabatu na ich wymianę. Oferta jest o tyle ciekawa, że trwa w pełni sezon urlopowy i dobrze jest przed dłuższym wakacyjnym wyjazdem zainwestować niewielkie bądź co bądź pieniądze we własne bezpieczeństwo na drodze.

Volvo XC90 – prawdziwy król szos

Kiedy po 12 latach od premiery modelu XC90 Volvo zdecydowało się wypuścić na rynek jego drugą generację, wielu miłośników tej marki zastanawiało się, jaki tak naprawdę cel miał w tym szwedzki koncern. Poprzednia generacja, choć już dość wiekowa, sprzedawała się bowiem całkiem dobrze i zbierała pozytywne opinie, a kolejne nowe modele były przyjmowane dość ciepło lub nawet entuzjastycznie. Dziś, po pewnym czasie od premiery, można bez jakichkolwiek wątpliwości stwierdzić, że Volvo XC90 to była inwestycja w przyszłość firmy (sprawdź).

czarne volvo xc90

Trzeba przyznać, że nowe Volvo XC90 prezentuje się naprawdę elegancko (źródło obrazka: Volvocars.com)

Dodajmy, że nie była to inwestycja mała: opracowanie tego SUV-a pochłonęło 11 miliardów (!) dolarów, a prace nad nową platformą, na której jest oparta konstrukcja tego modelu, trwały cztery lata. Dzięki temu Volvo ma do dyspozycji uniwersalną, w pełni elastyczną modułową płytę podłogową SPA (Scalable Product Architecture), której największą zaletą jest to, że w żaden sposób nie ogranicza projektantów i stylistów. Po prostu nie muszą się już oni martwić o takie detale, jak zwisy, rozstaw osi albo wysokość nadwozia.

Kolejna ważna kwestia to sprawa powinowactwa z poprzednią generacją – zazwyczaj jest tak, że młodsza generacja dziedziczy coś po starszej (najczęściej jest to płyta podłogowa i część podzespołów). W przypadku Volvo XC90 drugiej generacji jest to… zero elementów! Tak, to nie pomyłka: nowy SUV Szwedów został opracowany całkowicie od podstaw i żaden podzespół czy śrubka ze starej wersji nie zostały użyte w nowej, co w normalnych warunkach byłoby czystym szaleństwem, ale przecież mówimy o Volvo. I faktycznie, „tajny” plan jest bardzo prosty: zarówno platforma, jak i liczne podzespoły projektowane dla XC90 docelowo znajdą się również w aż 7 kolejnych modelach szwedzkiego producenta.

Czym jeszcze wyróżnia się nowy SUV Volvo? Można byłoby powiedzieć, że luksusem, ale to zdecydowanie nie oddaje prawdy do końca – to jest hiperluksus. No bo w jakim innym aucie dźwignia zmiany biegów została wykonana częściowo z kryształu? Albo ma szlifowane przyciski na tablicy rozdzielczej? Dodam jeszcze tylko, że w standardowym wyposażeniu wersji Excellence jest jeszcze lodówka, unikatowe kieliszki oraz (i to jest ewenement na skalę światową) fotele posiadające funkcję masażu! Takie rzeczy w swoich autach montują tylko Szwedzi…

Nowy Focus ST – sportowy kompakt w dobrej cenie

Od samochodów ze sportowym zacięciem zazwyczaj wymagam znacznie więcej niż tego, żeby miały dynamiczną, usportowioną sylwetkę i odpowiednio „rasowo” brzmiący silnik. Trudno jednak zaprzeczyć, że nowy Focus ST (kliknij) charakteryzuje się zarówno jednym jak i drugim, a także wieloma innymi, bardziej istotnymi z perspektywy potencjalnego kierowcy cechami. Jedną z najważniejszych jest dostępność niesamowitego i ekstremalnie wręcz wydajnego silnika EcoBoost o pojemności 2 litrów, który generuje niewiarygodne 250 KM mocy i pozwala przyspieszyć od 0-100 km/h w nieco ponad 6 sekund oraz osiągnąć 248 km/h prędkości maksymalnej. Ale na tym nie koniec.

czerwony ford focus st 2016

Naprawdę sportowa sylwetka to nie jedyny atut nowego Forda Focusa ST (źródło obrazka: ford.pl)

Dużą nowością jest pojawienie się w gamie dostępnych jednostek napędowych silnika wysokoprężnego, który też ma 2 litry pojemności, ale finalna moc generowana przez tę jednostkę jest niższa i wynosi „zaledwie” 185 koni mechanicznych. Po przełożeniu tych informacji na praktykę okazuje się, że choć silnik benzynowy umożliwia przyspieszenie od 0-100 km/h w 6,5 sekundy (Diesel robi to w 8,1 sekundy), to jest także bardziej paliwożerny od swojego wysokoprężnego odpowiednika. „Benzyniak” średnio w mieście zużywa 8,8 litra/100 km przy założeniu, że cały czas działa system auto-start-stop (jeśli jest wyłączony, zużycie paliwa sięga około 10 litrów/100 km), natomiast Diesel w tych samych warunkach spali jedynie około 5 litrów. To spora różnica dla tych, którzy przeliczają wszystko na paliwo.

Wrażeń z jazdy nie da się jednak tak prosto przełożyć i pod tym względem zdecydowanie wygrywa klasyczny silnik benzynowy – wprawdzie moment obrotowy w Dieslu jest odrobinę wyższy i wynosi 400 Nm (jednostka benzynowa generuje 360 Nm), ale mimo to dynamika jazdy jest wyższa w przypadku benzyny.

Przy okazji wypuszczenia na rynek III generacji modelu Ford Focus ST doczekał się kilku istotnych zmian, jak na przykład uporządkowanie deski rozdzielczej i poprawienie jej czytelności dzięki zastosowaniu dużego, ośmiocalowego, dotykowego ekranu centralnego.

Nowy Focus ST ma także nieco bardziej czuły układ kierowniczy, usprawniony system kontroli trakcji, lepsze zawieszenie, ale przede wszystkim za 116 tysięcy złotych dostaniemy w Polsce w standardzie wyposażenie, które poza granicami naszego kraju będzie opcjonalne – dokładniej rzecz biorąc chodzi o skórzane fotele Recaro, sterowanie odtwarzaczem CD/mp3 umieszczone na kierownicy, podgrzewane lusterka, skórzaną kierownicę, dwustrefową klimatyzację, automatyczne wycieraczki i kilka innych, bardziej lub mniej przydatnych udogodnień. Dlaczego? Ponieważ sprzedawcy Forda stwierdzili, że takiej gołej, bazowej wersji nikt u nas nie kupi – i chwała im za takie podejście. Oby inni brali przykład!

Drapieżny SUV zaatakuje salony już w październiku!

W ubiegłym miesiącu pisałem o najnowszym SUV-ie Skody, czyli o modelu Kodiaq, którego oficjalna premiera została zaplanowana na październik bieżącego roku podczas Międzynarodowego Salonu Samochodowego w Paryżu. Wiadomo już także z całą pewnością, że bazową jednostką napędową ma być silnik TSI o pojemności 1,4 litra, generujący 125 koni mechanicznych mocy, czyli całkiem sensownie jak na SUV-a. Nie wiadomo natomiast tak do końca, jak ostatecznie Skoda Kodiaq będzie wyglądać, bo chociaż sam producent powoli ujawnia kolejne informacje i choć udało się sfotografować poruszające się po drogach egzemplarze Kodiaqa, to nie ma pewności, że są to już wersje finalne.

zamaskowana zieloną płachtą skoda kodiaq oraz niedźwiedź kodiak

Wciąż tak naprawdę nie wiadomo, jak będzie ostatecznie wyglądać kompaktowy SUV Skody… (źródło obrazka: skoda-auto.pl)

Garść dodatkowych informacji podał Jozef Kabaň, główny projektant Skody, który przede wszystkim szerzej skomentował sam design Kodiaqa. Czyste, klarownie poprowadzone linie nadwozia, według niego bardzo konkretnie wyróżniają Skodę Kodiaq spośród innych samochodów na drodze, a ponadto są bezpośrednią kontynuacją stylistyki zaprezentowanej w Skodzie Superb.

Dodatkowym (choć może mało zauważalnym dla przeciętnych obserwatorów) detalem definiującym Skodę Kodiaq jest design przednich reflektorów, które są swoistym hołdem złożonym tradycyjnym czeskim wyrobom ze szkła kryształowego. W praktyce przekłada się to na fakt, że w reflektorach znajdują się elementy wykonane z rżniętego szkła, które mają odbijać światło podobnie jak robią to kryształowe żyrandole.

Zastosowana w Kodiaqu stylistyka ma też pewien całkowicie zamierzony efekt uboczny – najnowszy SUV Skody ma relatywnie krótkie zwisy z przodu i z tyłu, co oznacza, że wewnątrz samochodu ilość dostępnego dla pasażerów miejsca jest większa niż by się to mogło wydawać sądząc jedynie na podstawie wymiarów. Trudno się w tym kontekście dziwić bardzo pewnie głoszonej przez Skodę tezie, że w ogólnym rozrachunku Skoda Kodiaq (sprawdź) stanowić będzie na rynku najlepszą propozycję jeśli chodzi o relację między przestronnym wnętrzem a kompaktowymi rozmiarami zewnętrznymi. Kabaň zresztą chyba najlepiej podsumował swoje najmłodsze dziecko mówiąc, że Skoda Kodiaq to samochód, który udowadnia, że funkcjonalność może być atrakcyjna. I patrząc na dostępne dane na temat możliwych specyfikacji, zdjęcia prototypu pre produkcyjnegooraz zdjęcia szpiegowskie trudno się z nim nie zgodzić.